Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?


« Powrót do inspiracji (311)

Witaj w Podróży #41, kwiecień/maj 2014

Wyspa Mgieł

Czy można zakochać się w krowie? Jak dzielna Flora uratowała Ślicznego Karolka? Ile wzrostu ma Starzec ze Storr? Jak zbierać munrosy? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, przyjedźcie do Szkocji, na wyspę Skye.

Tekst Monika Witkowska

Zdaję sobie sprawę, że określenie „zmieniające się jak w kalejdoskopie widoki” kojarzy się ze sztampowym folderem turystycznym, jednak na wyspie Skye naprawdę tak jest. Oczywiście wpływa na to nie tylko rzeźba terenu, lecz także pogoda – to samo miejsce wygląda inaczej w promieniach słońca, a inaczej spowite mgłą. Jednocześnie każda część wyspy ma inny charakter: południe jest bardziej zielone (mówi się nawet, że to ogród Skye), północ górzysta, a obszary centralne i wschodnie – w dużej mierze bezludne. Nie ma tu wielkich fabryk ani dużych miast – największa metropolia to Portree, w którym mieszka 2,5 tys. osób. „Młodzież ucieka z wyspy do dużych miast, bo tam życie jest łatwiejsze” – skarżą się ci, którzy żyją tu od pokoleń. No cóż, w I połowie XIX w. wyspę Skye zamieszkiwało 23 tys. osób ponad dwa razy więcej niż teraz.

Pogodowy kamień
Na dzień dobry zaskakuje nas dwujęzyczność wyspy. Wszystkie drogowskazy są po angielsku i gaelicku. „Wracamy do korzeni. W szkołach młodzież znowu uczy się gaelickiego, mamy gazety w tym języku” – cieszą się starsi mieszkańcy, którzy na poważnie zaczęli obawiać się zaniku odwiecznych tradycji. Jeśli o mnie chodzi, to chociaż zwykle staram się uczyć przynajmniej kilku słów w lokalnym języku, przy gaelickim się poddaję. Na szczęście nikt z miejscowych nie wymaga, abym wymawiając nazwę ich wyspy, dukała: An t-Eilean Sgitheanach, wystarcza Isle of Skye lub po prostu Skye. Dla tych, którzy lubią poetyckie określenia, może być także Wyspa Mgieł (w gaelickim: Eilean a’ Cheò).

Co do mgieł, to nie ma się co dziwić – skoro jesteśmy w Szkocji, to pogoda może być... w kratkę. Na zapas jednak się nie martwcie. My też wcześniej słyszeliśmy, że na Skye ciągle pada, tymczasem w ciągu kilku dni, jakie tam spędziliśmy, padało tylko raz i to w miarę krótko. Prognozy jednak warto znać, dlatego w barze, do którego wpadamy, aby zaspokoić pragnienie typowo szkockim napojem Irn-Bru, pytamy właściciela o pogodę. Ten pokazuje lokalny „barometr”. Tak naprawdę to niewielki kamień wiszący na sznurku. Chwilę potem dostajemy „instrukcję obsługi”: kamień mokry – pada, kamień suchy – nie pada, kamień rzuca cień – świeci słońce, kamień jest biały – spadł śnieg, nie widzimy kamienia – naszła mgła, kamień fruwa – silny wiatr, kamień zniknął – tornado! Prawda, że proste?

Jedna z 370
Zamieszkujemy w Sligachan, co oznacza „bród rzeki”. Rzeczywiście, zanim postawiono tu kamienny most (jego zabytkowe pozostałości to teraz romantyczny motyw fotograficzny), handlarze pędzący bydło na targ przekraczali tędy rzekę. Hotelik, który staje się naszą bazą na najbliższe dni, rezerwowaliśmy przez internet. Zależało nam na miejscu, z którego wszędzie będzie względnie blisko. Szczerze mówiąc, myśleliśmy, że to jakaś miejscowość, tymczasem jest tu tylko nasz hotel i dobudówka mieszcząca restaurację. Wokoło pustka – z jednej strony widok na zatokę, z drugiej na góry. Pewnie dlatego tak bardzo nam się podoba.

Restauracja z kolei przypomina górskie schronisko – goście spacerują w trekkingowych butach, a kreacje ubraniowe to głównie polary i windstoppery. Trochę zastanawia nas zróżnicowanie strojów: od krótkich spodenek po kurtki puchowe (już następnego dnia przekonujemy się, że najlepsza jest opcja środka). Co ciekawe, przychodzi się tutaj nie tylko po to, żeby zjeść. Jakaś para gra w karty, grupka wspinaczy ślęczy nad mapą, sporym zainteresowaniem cieszy się też tutejszy Seumas’ Bar. W sumie trudno się dziwić – sami jesteśmy pod wrażeniem liczby butelek (z których każda jest inna) oraz zapewnień, że można tu spróbować 370 najbardziej klasycznych rodzajów szkockiej whisky, których prawdziwy koneser z niczym nie miesza (a już na pewno nie z coca-colą).

My degustację złotawych procentów zostawiamy sobie na wizytę u źródła, czyli w jedynej na wyspie destylarni znajdującej się w wiosce Talisker. Zakład chlubi się tym, że ich produkt jest mocniejszy od tych z konkurencji, bo moc alkoholu wynosi 45,8 proc., a proces destylowania pozostał niezmieniony od ponad 175 lat, co ma wpływ na jego jakość. Ponoć Taliskera bardzo sobie cenił Robert Louis Stevenson, słynny szkocki pisarz, znany m.in. z takich powieści jak „Wyspa skarbów” czy „Porwany za młodu” (ciekawe, czy wena Stevensona to właśnie efekt procentów). Warto też wiedzieć, że whisky Talisker wykorzystywana jest jako jeden ze składników słynnego szkockiego alkoholu eksportowego, czyli będącego mieszanką różnych trunków (blended whisky) Johnnie Walkera. Przy okazji pracownicy zakładu Taliskera podkreślają, że jest to jedna z najbardziej na północ wysuniętych destylarni świata. Jakby nie było, to już 57 równoleżnik, czyli szerokość geograficzna odpowiadająca południowej Alasce.


Pełną treść artykułu znajdziesz w bieżącym wydaniu magazynu Witaj w Podróży (kwiecień/maj 2014)


Komentujesz: Wyspa Mgieł

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Tagi: wyspa skye


Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie