Wakacyjne inspiracje!
Autorzy naszych artykułów przemierzyli wzdłuż i w szerz całą Polskę. Zachęcamy do zapoznania się z ich relacjami, obejrzenia bogatej galerii zdjęć. Być może któryś artykuł zainspiruje was do zorganizowania własnej wyprawy i podzielenia się z nami wrażeniami…
Harce na piasku

Trudno powiedzieć, czy sandboarding to nowy sport czy tylko rozrywka, której istota sprowadza się do zjazdu na desce po piasku. W miejscach z potężnymi wydmami – w Namibii, Australii czy Dubaju – oraz na pokrytych drobnym żużlem stokach wulkanów w Argentynie, Peru czy Nikaragui spotyka się rzesze miłośników tej młodej dyscypliny. Zjeżdżają techniką zbliżoną do snowboardowej, mniej zaawansowani używają deski na podobieństwo sanek. Na świecie pojawiły się już nawet wypożyczalnie specjalistycznego sprzętu, są instruktorzy, działają zawodnicze ligi, a biura turystyczne organizują wyprawy z deską niczym na safari. W Polsce zainteresowani sandboardem wzdychają tęsknie do wydm Słowińskiego Parku Narodowego. Niestety, na terenie parku narodowego żadne quasi-sportowe zabawy nie są dozwolone. Trzeba zatem szukać innych rozwiązań. Na przykład w Falenicy, na peryferiach Warszawy, zewnętrzny stok hałdy okalającej wyrobisko zakładu pozyskującego piasek do celów budowlanych ma przynajmniej 10 metrów – idealnie więc nadaje się do stawiania pierwszych kroków w sandboardingu. Podobnych miejsc mamy bez liku, a na początek wystarczy jakiś stary snowboard.
Narciarstwo letnie
Nordic blading (nordic skating) to dyscyplina podobna do biegów narciarskich, tyle że zamiast nart używa się nartorolek. Niezbędnymi elementami wyposażenia – oprócz kijów, którymi odpychamy się od podłoża – są kask oraz ochraniacze na kolana i łokcie. Nartorolki są inaczej skonstruowane niż „miejskie” łyżworolki, które nadają się do jeżdżenia jedynie po gładkich, asfaltowych ścieżkach. Zestaw składa się z rolek, wiązań i specjalnych butów. Na wszystko trzeba wydać ponad tysiąc złotych, ale dzięki temu otworem stają przed nami leśne dukty i szutrowe dróżki. No i nie trzeba czekać do zimy, żeby poczuć się jak na nartach. W przeciwieństwie do zwykłych rolek – poruszanie się na nartorolkach angażuje także mięśnie górnej partii ciała i pozwala na spalenie większej liczby kalorii.
Śliwkowa Dolina Dolnej Wisły
Drzewa owocowe posadzone na żyznych glebach w Dolinie Dolnej Wisły, między Bydgoszczą a Gniewem, od lat rodzą obficie. Już w XIX wieku kwitły tu owocowe sady – wtedy było ich aż dwa tysiące. W suszarniach śliwek węgierek buzowały ogniska, a w miedzianych kotłach gospodynie drewnianymi chochlami – tak zwanymi bocianami – mieszały powidła. Niestety, w historycznych burzach i zawieruchach przepadli holenderscy osadnicy, niemieccy gospodarze i tysiące owocowych drzew. Ludność, która po latach zasiedliła te tereny, przejęła dawne zwyczaje. Jak dolina długa i szeroka – w Grucznie, Strzelcach Dolnych, Kiełpiu, Nebrowie Wielkim i wielu innych miejscowościach – znowu kwitną drzewa, dojrzewają owoce i czuć aromat smażonych śliwek. Po usmażeniu powidła nakłada się w słoiki i pasteryzuje. A we wrześniu rozpoczynają się regionalne imprezy, podczas których można przyjrzeć się smażeniu powideł, skosztować gotowych wyrobów i zaopatrzyć się w nie na zimę.
Czerwone Wierchy
Szlak turystyczny wiodący granią Czerwonych Wierchów to tatrzański klasyk. Charakterystycznymi punktami trasy są ponaddwutysięczne szczyty: Ciemniak, Krzesanica, Małołączniak i Kopa Kondracka. Z Wierchów – w gwarze podhalańskiej mówi się tak na górskie szczyty – roztacza się fantastyczna panorama polskich i czeskich Tatr Zachodnich i Wysokich. Aby móc ją podziwiać, trzeba podejść na grań jedną z górskich dolin, pokonując setki metrów wysokości (popularnym szlakiem jest ten poprowadzony Doliną Kondratową spod schroniska na polanie Kalatówki). Morze gór, morze chmur i morze traw! Czerwone Wierchy zawdzięczają swoją nazwę bylinie górskiej o nazwie sit skucina, która rośnie tu niezwykle bujnie. Wysoka na 30 centymetrów roślinka kwitnie latem, a pod koniec września przebarwia się na czerwono, nadając tatrzańskim pejzażom unikalny charakter. I tylko trzeba uważać, by w czasie wędrówki nie zabłądzić w przepastne urwiska...
Wrzosowe Bory Dolnośląskie
Rozległy sosnowy kompleks leśny – porastający piaszczystą równinę przeciętą dolinami Kwisy, Bobru i Szprotawy – warto odwiedzić we wrześniu. Między Szprotawą a Czarną Wodą rozciąga się magiczna „Wrzosowa Kraina”. W XIX wieku znaczne połacie Borów Dolnośląskich zostały wycięte, a w miejscu lasu powstały poligony wojskowe, dziś opustoszałe. Na wylesionych obszarach wyrosły ogromne wrzosowiska. Wrzosy zwyczajne kwitną w sierpniu i we wrześniu. Ich miododajne ciemnoróżowe lub różowofioletowe kwiaty są chętnie odwiedzane przez pszczoły z wędrownych pasiek. A miód stał się regionalnym przysmakiem. W pasiece „Maja” w Krępie można poddać się zabiegom apiterapii (leczenia miodem), a pięknem kwitnących wrzosowisk zachwycić się w okolicach wsi Borówki, gdzie we „Wrzosowej Chacie” suszą się leśne zioła.
Bocianie sejmikowanie
Godłem Polski jest wprawdzie orzeł, ale to chyba bocian biały kojarzy się najbardziej z naszym krajem. Nie ma drugiego takiego państwa w Europie, w którym jest tyle boćków, ile u nas. Na Nizinie Północnopodlaskiej wytyczono około 200-kilometrowy Podlaski Szlak Bociani – w miejscowościach na nim położonych w setkach gniazd słychać klekot, a na łąkach i polach boćki szukają pokarmu. Szczególnym miejscem na szlaku jest Pentowo w pobliżu Tykocina, od 10 lat chlubiące się tytułem jedynej w kraju Europejskiej Wioski Bocianiej. W tym roku pierwsze bociany przyleciały 28 marca, odlot nastąpi zapewne w końcu sierpnia lub na początku września. Poprzedzą go bocianie sejmiki. To takie treningowe zebrania, w czasie których dziesiątki ptaków poznają się, ćwiczą latanie i żerują na łąkach nad rozlewiskami Narwi. Gratka dla miłośników i podglądaczy przyrody.
Kaplica na wodzie
Car Mikołaj II wydał rozporządzenie zabraniające budowania obiektów sakralnych na ziemi ojcowskiej. Lecz czymże jest carski ukaz wobec pomysłowości ludzkiej? Kaplicę wybudowano po prostu nie na ziemi, tylko na wodzie. A dokładniej mówiąc – zaadaptowano na cel sakralny dawne łazienki zdrojowe. Autorem projektu był Stanisław Niedzielski. Kaplica pod wezwaniem świętego Józefa Robotnika powstała w 1901 roku i jest czynna do dziś. Zwiedzać ją można w niedziele i święta pomiędzy mszami. Budynek wzniesiono w charakterystycznym dla całej doliny stylu szwajcarsko-ojcowskim. Obowiązywał on w architekturze regionu w czasach, gdy Ojców był kurortem. Jedna z kuracjuszek namalowała nawet obraz Matki Bożej Wspomożenia, który do dziś mieści się w głównym ołtarzu kaplicy. Kapliczka, choć niewielka, jest bardzo piękna i bogato zdobiona symbolicznymi rzeźbami.
Liwcem spłyń!
„Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal” – słowa przedwojennego szlagieru zanucić można nie tylko na słynnej Krutyni czy Hańczy. O ile tamte rzeki latem przeżywają oblężenie, o tyle mazowiecki Liwiec wciąż kusi ciszą i spokojem. Ta malownicza rzeka idealnie nadaje się na jednodniowe spływy kajakowe. Poza dobrym humorem na taki spływ koniecznie trzeba zabrać szczelny worek na ubrania i dokumenty, zapas jedzenia i picia oraz kapoki dla dzieci. Przygoda rozpoczyna się w Wyszkowie, gdzie po zwodowaniu kajaków wyruszamy z biegiem nurtu. Już po godzinie docieramy do uroczych malutkich plaż. Niewielkie łachy piasku wręcz kuszą, by zorganizować na nich piknik. Dzieci będą szczęśliwe, mogąc popływać i pochlapać się w wodzie, dlatego – mimo że trasa spływu przewidziana jest na kilka godzin – nie warto się spieszyć! Teoretycznie miejscem oddania kajaków jest Węgrów, ale równie dobrze można zakończyć spływ w Liwiu, gdzie tuż nad wodą wznosi się warowny zamek. Chociaż Liwiec jest rzeką jak najbardziej nizinną i uznawaną za dość łatwą, to przed spływem koniecznie należy dowiedzieć się, jaki jest stan wody. W kilku miejscach po drodze są bowiem zwalone drzewa i jeśli woda jest wysoko, trzeba się liczyć z tym, że będziemy musieli przenosić kajak (gdy poziom wody jest niski, można spokojnie przepłynąć pod drzewami).
Wpisz komentarz
Zamknij to okno