Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?


« Powrót do inspiracji (338)

Witaj w Podróży #42, czerwiec/lipiec 2014

W azjatyckim tyglu

Sięgające chmur wieżowce i niebiańskie plaże. Bogate dzielnice biznesowe w stolicy i enklawy zieleni. Chińczycy, Hindusi, Malajowie. I położone w samym sercu miasta meczety, do których zewsząd ciągną tłumy wiernych. Malezja jest pełna kontrastów i sprzeczności.

Tekst Julia Sawicka

W porze lunchu uliczki bankowej dzielnicy Kuala Lumpur są zatłoczone. Grupka kilku dziewczyn ubranych w hidżaby i długie tuniki zakrywające ręce, wesoło świergocząc, wychodzi zza obrotowych drzwi jednego z biurowców. Na ich szyjach kołyszą się firmowe smyczki. Ten widok mnie intryguje. Pracujące kobiety w kraju muzułmańskim? Malezja lubi uchodzić za kraj tolerancyjny, ale nie kryje przy tym dumy z islamskiego dziedzictwa. To dlatego malajskie muzułmanki różnią się od kobiet wyznających islam na Bliskim Wschodzie czy nawet w Europie. Ich stroje są kolorowe, radosne, a same kobiety – bardziej samodzielne. Przemierzając Półwysep Malajski, nieraz widziałam kobietę w chuście na głowie prowadzącą samochód. Ba, czasami obok niej, na miejscu pasażera, siedział mężczyzna.

Religia i biznes
Islam przybrał tu właśnie taką umiarkowaną formę, bo nie był religią narzuconą. Dotarł na półwysep za sprawą kupców arabskich na przełomie XV i XVI w. I zawsze funkcjonował razem z innymi wyznaniami (choć dziś ma pozycję dominującą). W Malezji obok siebie żyją wyznający islam Malajowie, którzy stanowią ponad połowę populacji; Chińczycy; mniejszość hinduska, a także kilka małych plemion. Pełno jest tu również śladów po europejskich kolonizatorach. To z kolei efekt położenia geograficznego. Malezja od zawsze bowiem budziła zainteresowanie ze względu na liczne porty i dogodną lokalizację na szlaku handlowym. Gdzieś w XVI w. pojawili się tu Chińczycy oraz Europejczycy – najpierw Portugalczycy, którzy władali częścią Półwyspu Malajskiego do 1641 r., później Holendrzy. Ci ostatni ustąpili pod koniec XVIII w. miejsca Brytyjczykom. Dopiero w 1957 r. państwo uzyskało niepodległość.

Nieformalnie przyjęty jest podział strefy wpływów w kraju. I tak w życiu publicznym dominują Malajowie, z kolei mniejszość chińska kontroluje w ponad 80 proc. gospodarkę. Efekt zadowala obie strony, bo od lat Malezja należy do grona najbogatszych państw w regionie. To fenomen, bo jeszcze pod koniec lat 60. XX w. była jednym z najbiedniejszych krajów świata. Inwestycja w edukację i nowe technologie oraz wsparcie dla prywatnego biznesu diametralnie zmieniły jej pozycję, a stosowny etos pracy i dodatni przyrost naturalny przypieczętowały sukces. Obecnie Malezji wiedzie się na tyle dobrze, że potrzebna jest jej tania siła robocza. Do pracy na plantacji kauczuku, kokosów czy oleju palmowego przyjeżdżają przybysze z Indii, Indonezji czy Pakistanu.

Kontrasty stolicy
Zatrzymuję rikszę niedaleko tzw. Złotego Trójkąta, czyli dzielnicy biznesowej Kuala Lumpur. Trzy główne drogi metropolii – Jalan Imbi, Jalan Sultan Ismail oraz Jalan Raja Chulan – tworzą tę matematyczną figurę, w której znajdują się luksusowe hotele i wielkie centra handlowe. Główną atrakcją (i rozpoznawalnym symbolem miasta) są oczywiście wznoszące się nieopodal dwie bliźniacze wieże: Petronas Twin Towers, połączone spektakularnym, podniebnym mostem. W morderczym upale docieram pod imponujący budynek. Wieżowiec o całkowitej wysokości 452 m przez kilka lat miał status najwyższego na świecie. Sam łącznik, który znajduje się na wysokości 170 m, liczy 58,5 m długości. Codziennie, od wczesnych godzin porannych, ustawiają się tu tłumy do kasy, by kupić bilet i wjechać na najwyższe piętro. Zjawiam się w ciągu dnia, nie mam już zatem szans na podziwianie panoramy miasta z takiej wysokości. Pozostaje mi jedynie zwiedzanie wnętrza szklanego giganta. Na sześciu piętrach znajduje się centrum handlowe z największymi markami na świecie, po którym spacerują wielodzietne arabskie rodziny. Wkrótce opuszczam zbudowanego ze szkła i stali giganta z postanowieniem obejrzenia podświetlonego budynku po zmroku. Efekt jest ponoć oszałamiający.

Kuala Lumpur, jedna z najnowocześniejszych metropolii w tej części świata, zamieszkana przez blisko 8 mln ludzi, jest pełna sprzeczności. Niedaleko Złotego Trójkąta miejska dżungla niepostrzeżenie zamienia się w dżunglę tropikalną, z małpami skaczącymi z gałęzi na gałąź, egzotycznymi ptakami, barwnymi motylami, morzem orchidei i egzotyczną roślinnością. To Lake Gardens, liczący ponad 90 ha kompleks parków tematycznych. Bujna zieleń i spokój przyjemnie koją zmysły i odcinają od męczącego zgiełku metropolii. Najpierw udaję się do ogrodu storczyków i orchidei, gdzie znajduje się ponad 2 tys. gatunków hibiskusa – narodowego symbolu Malezji, potem odwiedzam park ptaków i motyli, by w końcu trafić do rekreacyjnej części ogrodów, której sercem jest sztuczne jezioro. Kładki nad wodą, pod pnącymi się drzewami, stanowią idealną scenerię do fotografii ślubnych. Młoda para w odświętnych drogich strojach pozuje do pamiątkowego zdjęcia. Kobieta ubrana jest w czerwoną suknię z batiku wyszywaną złotymi nićmi. Wygląda przepięknie. Nie mogę się napatrzyć. To wszystko tylko rozbudza mój apetyt na poznanie innych zakątków kraju. I jego kolejnych kontrastów.

Kolonialna Melaka
Miasto założone przez Hindusów, następnie zdominowane przez Chińczyków, w końcu będące rozgrywką między Portugalczykami, Brytyjczykami a Holendrami. Sercem turystycznej Melaki jest rynek – określany jako plac czerwony, bo wszystkie budynki, które się tu znajdują, pomalowane są na ceglasty kolor. Typowy „holenderski” krajobraz, w którym dominującymi elementami są wąskie uliczki i niskie domki, szybko mnie nudzi. Zaczynam szukać „czegoś malajskiego”. W sercu Kampung Morten, starej części miasta, stoi Villa Sentosa – typowy dom malajski, który funkcjonuje jako nieformalne muzeum. Parterowa chatka z małym ogrodem faktycznie wyróżnia się w sąsiedztwie. To żywe muzeum, bo turystów oprowadzają po nim jego bohaterowie. Starsza pani, wnuczka założyciela, wita mnie serdecznie i zaprasza do środka. Dom, który powstał w latach 20. XX w., zachowany jest w dobrym stanie. Jego zakamarki wypełnia tradycyjne rękodzieło i oryginalne sprzęty. Pełen jest rodzinnych pamiątek, fotografii i przedmiotów ważnych dla kultury malajskiej. Na koniec wizyty przewodniczka podsuwa księgę pamiątkową. Z dumą prezentuje opasły tom i wskazuje podpisy gości, którzy złożyli tu swój autograf, w tym najcenniejszy – wpis wnuka Winstona Churchilla z 1992 r. Zachęca mnie też do trzykrotnego uderzenia w gong, co ma przynieść szczęście.

Resztę czasu spędzam w tutejszej chińskiej dzielnicy, a przemierzając dalej ulice miasta, trafiam na kolejny chiński przyczółek – cmentarz. Jest on uznawany za największą chińską nekropolię znajdującą się poza Państwem Środka. Położony na wzgórzu, w promieniach zachodzącego słońca, zachęca do odwiedzin. Stare płyty grobowe z kamienia wyrastają co kilka metrów spod ziemi i na pierwszy rzut oka trudno się zorientować, że to właśnie jest grób. Panuje tu inna atmosfera niż na polskich nekropoliach, np. wielu Chińczyków na cmentarnych ścieżkach uprawia sport...

Pełną treść artykułu znajdziesz w bieżącym wydaniu magazynu Witaj w Podróży (czerwiec/lipiec 2014)

Komentujesz: W azjatyckim tyglu

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie