Transgraniczne bezdroża
Nasze wschodnie granice sztucznie dzielą jednolite niegdyś tereny. Projekty transgranicznych szlaków turystycznych jednoczą je pod stopami lub kołami turysty.
Siedząc kiedyś obok Szwejka na jego ławeczce w Sanoku, nie przypuszczałem, że udam się jego śladami i dotrę aż do Felsztyna, czyli ukraińskiej Skeliwki. Kiedy przyszło zaproszenie od Podkarpackiego Starostwa do wzięcia udziału w „IV Wyprawie Szlakiem Karpackich Wilków”, nie zastanawiałem się ani chwili!
Kiedy u nas leśnicy stawiają szlabany, a na polnych drogach pojawiają się tablice „Teren prywatny – zakaz wjazdu”, Ukraina jawi się wielbicielom 4x4 jako oaza pełna swobody i przestrzeni do przemierzenia.
Z drugiej strony, kiedy chcemy spróbować raftingu lub zjazdów na linie, a przy okazji poznać sporo ciekawych miejsc, to Podkarpacie jawi się jako miejsce o doskonałym zagospodarowaniu turystycznym.
Szybowcem, 4x4 i pontonemNa początek tankujemy samochody w Ustrzykach Dolnych, po czym ruszamy wokół Gór Słonnych, części Pogórza Przemyskiego. Terenowo-stylowe mercedes i krótki nissan patrol oraz prowadzona przeze mnie toyota land cruiser osłaniały hummera H2, z którym najlepiej wychodzi się... na zdjęciach, trochę gorzej jednak przy mijankach na wąskich pogórzańskich drogach!
Pierwszy postój tuż za Ustrzykami, na krzyżówce przed tablicą opisującą... Ekomuzeum. To ciekawa inicjatywa polegająca na łączeniu i pokazywaniu wartości przyrodniczych i kulturowych regionu oraz dorobku jego mieszkańców. Można w ten sposób stworzyć szlak turystyczny łączący na przykład kowala, rezerwat przyrody i owiany legendą grób pod starym dębem. Elementy, które niby nie mają nic wspólnego, nagle składają się w całość. Chwilę później w Dźwiniaczu widzimy dawną granicę z Rosją zrekonstruowaną przy gospodarstwie agroturystycznym.
Bezmiechowa to okazja do zmierzenia się z przestworzami. Szybowce? Paralotnie? Nie ma problemu. Tylko pogoda dziś nielotna, więc może... rafting na Sanie? Strzał w dziesiątkę! Słoneczko, kolorowe drzewa, wody nie za mało ani nie za dużo. Najpierw jednak atrakcje krajoznawcze. Zdobywamy Górę Sobień z zamkiem i rezerwatem. Wspaniałe miejsce, a satysfakcję ze wspięcia się do ruin zamku potęguje wspaniała panorama srebrzącego się w dole Sanu. Jeszcze postój przy bunkrach linii Mołotowa i dojeżdżamy do Międzybrodzia. Tu wyciągamy pontony i przenosimy nad rzekę. Zakładamy kapoki i pierwsze wodowanie.
Ponton wielki, brzeg wysoki, łatwo nie jest, ale o dziwo nikt się nie skąpał. Płyniemy. Na brzegu wiało, ale na wodzie jest cicho i spokojnie. Trochę się ścigamy, dwa razy stajemy w bystrzu na kamieniach. Po tych szaleństwach możemy już spokojnie podziwiać uroki przyrody i krajobrazu. Alek komenderuje, którędy płynąć, ja na dziobie fotografuję lub wypatruję bezpiecznego nurtu.
Mimo że spływ był krótki – tylko do Tyrawy Solnej – nie daliśmy rady. Kiedy wypłynęliśmy zza ostatniego zakola na prostą, zawiało jak... w górach! Wiatr stworzył solidne fale, pchając wodę pod prąd. Po walce to pod jednym, to pod drugim brzegiem poddajemy się i wodujemy wcześniej. Pewnie dopłynęlibyśmy, ale nie mamy tyle czasu. Przecież dziś jeszcze krajoznawcza część programu.
Po obiedzie przejeżdżamy przez Mrzygłód, który zachował stare, drewniane domy. Kiedyś miał być zatopiony w kolejnym zalewie na Sanie. Z planów nic nie wyszło, ale dzięki temu nie mamy tu betonowo-ceglanych koszmarków. Przez most saperski w Dobrej przedostajemy się na drugi brzeg Sanu i dojeżdżamy do Ulucza – najstarszej i jednej z najpiękniejszych drewnianej cerkwi.
Dzień kończymy dojazdem do cerkwi w Piątkowej Ruskiej – kolejnej perełki architektury drewnianej na podkarpackich szlakach. Jeszcze tylko zdjęcia na brodzie, gdzie „myjemy” samochody, i czas wracać, bo jutro będzie ciężki dzień.
Kiszone Łokcie Pająka i Czarne Oceany
Impreza nabiera tempa. Jesteśmy już zgraną grupą, więc czas potrzebny na śniadanie i zapakowanie się do samochodów jest coraz krótszy. Zaczynamy od zjazdów na Kamieniu Leskim. Z jednej strony zwykła góra z wychodnią skalną na 20 metrów. Z drugiej jednak czeka 200 metrów pionowej lub przewieszonej ściany skalnej. Ponad 30 metrów wysokości w najwyższym miejscu. Wspinać się nie za bardzo tam można, jeśli nie trenuje się wspinaczki skałkowej, ale za to zjazdy – marzenie!
Jacek Wojtas (wertepy.com) zaczyna szkolenie na najniższym zjeździe. Supersprzęt, pełna asekuracja, kaski, aby wszyscy czuli się komfortowo i bezpiecznie. Po pierwszym zjeździe idziemy na średnią ściankę. Tu już czuje się wysokość. I wreszcie ściana, której dotychczas uczestnicy nie widzieli. Kiedy my byliśmy na niskich zjazdach, Kuba, nasz instruktor wspinaczkowy, założył główny zjazd. No, robi wrażenie – będzie ponad 35 metrów! Aby było trudniej, trzeba wspiąć się na ostaniec skalny. Dopiero tam, po wpięciu w linę i sprawdzeniu sprzętu, czas na najważniejszy krok. Stanowisko jest na ścianie z metr od szczerby, gdzie się stoi, więc krok w powietrze i – po małym wahadle – wisisz. Sprzęt trzyma, można zjeżdżać. Do okapu milusio, tup-tup, po skale, ale po sforsowaniu wybrzuszenia mamy już swobodny zjazd w przewieszce. Większość zatrzymuje się tutaj, aby obrócić się na linie i podziwiać widoki, a także miny tych co na dole. A co do Kamienia Leskiego mają „Kiszone łokcie pająka” i „Czarne oceany”? To fantazyjne nazwy dróg wspinaczkowych, których wiele tu wytyczono.
Na ukraińskie połoniny
Zjazdy bardzo nam się podobały, ale czas nagli! Po obiedzie pakujemy się do flotylli „prawdziwych” terenówek. Z chromami hummera H2 każdy, kto chciał, zrobił sobie zdjęcie, więc auto ma już wolne. Na ukraińskie bezdroża pojedziemy w dwa potężne nissany patrole z mercedesem, jeepem i jeszcze krótkim patrolem. Jestem przeszczęśliwy – przypadł mi do prowadzenia jeden z dwóch wielkich nissanów. Patrol sam w sobie to legenda, ale po terenowym tuningu jest już maszyną na każde bezdroża, nawet ukraińskie!
Granicę, ku naszemu zdziwieniu, przekraczamy bez komplikacji. Prowadzi nas Jacek, który powierza nam flotę samochodów i wszystko organizuje, oraz Krzysztof Plamowski z Bieszczadzkiego Towarzystwa Cyklistów (www.btc. bieszczady-online.pl), który opowiada nam pograniczne ciekawostki.
Po zatankowaniu „pod korek” możemy ruszać dalej. Kawałek asfaltu od granicy szybko nam się nudzi, więc w pierwszej wiosce skręcamy w polną drogę i ruszamy w górę doliny. Jeszcze 20 lat temu tak wyglądał polski Beskid Niski, teraz wyasfaltowany z chyżami bardziej „warszawskimi” niż łemkowskimi, a tu pozostały polne drogi i drewniane chatynki.
Zaczynam rozumieć, co oznacza zapowiedziana przez Jacka swoboda jazdy po ukraińskich bezdrożach. Jak umiesz – jedź korytem rzeki, grzbietem gór czy też błotnistą doliną. Przejechaliśmy jedną dolinę, przeskoczyliśmy wododział i zjeżdżamy dalej. Mijamy kolejne wioski wyglądające tak, jakby to był naprawdę koniec świata. O zmroku dojeżdżamy do Starego Sambora. Tu spotkanie z ukraińskimi przyjaciółmi i wkrótce zjeżdżamy znów na polne drogi, które wspinają się coraz wyżej. Ciemność wszechogarniająca. W dole są wioski, ale zamiast mozaiki światełek widać tylko dwie, trzy żarówki. Wreszcie po kilku walkach z koleinami i błotem zjazd w dół. Jesteśmy na miejscu.
Kiedy gasną reflektory i silniki, widać, jak piękne gwiazdy są nad nami. W dole stuka generator i oświetla bojkowską chatę z bali. To nasz nocleg. Pomimo siarczystego mrozu (-10 stopni Celsjusza) długo trwa impreza wokół wielkiego stołu przy chacie.
Następnego dnia ruszyliśmy, gdy tylko słońce stopiło warstwę szronu pokrywającego samochody. Piękny fragment trasy grzbietem gór, a na koniec przejazd przez rzekę. Lżejsze samochody mają dodatkowy bonus. Mogą przejechać mostem linowym. Mocne wrażenie! Most buja się, nawet gdy idzie człowiek po nim, a co dopiero, gdy jedzie samochód.
Jednak dziś i jutro najważniejsze będą zabytki. To podróż sentymentalna, jaką odbyliśmy po miejscach związanych z historią Polski. Widzieliśmy między innymi: Chyrów – największy konwikt jezuicki, w którym pierwszym rektorem był Piotr Skarga; Laszki Murowane – stał tu ogromny zamek, skąd Dymitr Samozwaniec wyruszył po tron carski; Dobromil – monastyr ojców bazylianów powoli odbudowywany po zniszczeniach dokonanych już po II wojnie; Isai – gdzie znajduje się drewniana cerkiew, jedna z najpiękniejszych na Ukrainie oraz wiele innych miejsc.
Wyprawie patronował Dobry Wojak Szwejk, którego pomnik mogliśmy podziwiać w Felsztynie. Trasa była tak ciekawa, że nie wiadomo kiedy znowu znaleźliśmy się w Ustrzykach Dolnych, zamykając transgraniczną pętlę.
Tekst i zdjęcia Krzysztof Kobus
Wpisz komentarz
Zamknij to okno