Zbrzyca to jeden z najpiękniejszych dopływów Brdy. Ma tylko 45 kilometrów długości, ale co chwilę jest inna. Raz jak górski potok, raz jak dostojna nizinna rzeka. Mija jeziora, lasy, piaszczyste skarpy, podmokłe łąki. Bywa błękitna, zielona, żółta, brązowa, różowa. Mimo że spłynięcie nią zajmuje niecałe dwa dni, nie ma mowy o nudzie
Tekst:: Agnieszka Rodowicz
Zbrzyca, płynąca przez Zaborski Park Krajobrazowy, bierze początek w jeziorze Duży Zbełk. Szlak kajakowy zaczyna się nieco dalej, na Jeziorze Somińskim. To jedno z czternastu jezior, przez które przepływa rzeka. I jednocześnie jedno z trudniejszych do pokonania. Kiedy wieje wiatr, na dużym, nieosłoniętym drzewami akwenie podnoszą się spore fale. Łatwo wtedy o wywrotkę. Na szczęście w dniu, kiedy zaczynamy, wieje jedynie lekki wiaterek i nieduże fale tylko lekko nami bujają. Woda ma intensywnie niebieski kolor, podobnie jak majowe niebo w ten piękny, słoneczny dzień. Szlak biegnie obok dwóch niedużych wysepek, nad którymi krążą setki mew. Widać też kormorany przysiadające na gałęziach drzew rosnących na wyspach. Wrzask ptaków jest ogłuszający. To okres lęgowy, lepiej im nie przeszkadzać.
Na drugim końcu jeziora trzeba odszukać wypływ rzeki schowany wśród trzcin. Zbrzyca płynie dalej spokojnym nurtem wśród zielonych łąk upstrzonych różowymi stokrotkami i żółtymi mleczami. Po chwili wpływa między rosnące wzdłuż brzegów olchy. Ich delikatne gałązki obsypane są drobniutkimi, jeszcze nie całkiem rozwiniętymi listkami, które tworzą żółto-zielony tunel. Rzeka jest tu spokojna, szeroka na kilka metrów i dość głęboka. Korzystają z tego wędkarze, którzy stoją co kilkaset metrów i moczą w wodzie wędziska.
Rzeka przyspiesza
Następne w kolejności jest Jezioro Kruszyńskie. Mimo że sporo mniejsze od Somińskiego, jest mocno rozkołysane. Fale uderzają w boki kajaka, wpadają do środka, zalewają zimną wodą. Rzeka opuszcza jezioro w Windorpie. Jest teraz bardzo malownicza. Menadruje między mięsistymi łąkami, które podmywane wodą falują jak materac łóżka wodnego. Wraz z nimi chyboczą się zeszłoroczne pałki wodne i tatarak. Nad wodą co kilka metrów przerzucone są wąskie drewniane kładki. Trzeba się kłaść na dnie kajaka, żeby pod nimi przepłynąć. W środku wsi przy betonowym moście cumują łódki rybaków z rybaczówki Windorp. Mężczyźni siedzą przy drewnianym stole zajęci sprawianiem złowionych rano ryb.
Za mostem rzeka przyspiesza. Płynie teraz wąskim i wartkim strumieniem o żółto-brązowym kolorze. Mijamy błyskawicznie kolejne zakręty, ścigając się z czwórką innych kajakarzy, którzy pojawili się raptem na rzece. Spotykamy też żurawią parę spacerującą dostojnie po łące. Jeszcze kilka zakrętów i rzeka wpada na niewielkiego jeziora Parzyn, a zaraz potem przepływa przez miejscowość o tej samej nazwie. Tu zwęża się, nabiera szybkości, płynie między dużymi kamieniami, którymi usłane jest jej dno. Przed sporym progiem z kamieni wysiadamy z kajaka i przeprowadzamy go przez przeszkodę, brodząc w wodzie po kolana.
Za parzyńskim mostem rzeka po raz kolejny zmienia charakter. Koryto rozszerza się na dobrych kilka metrów, dno jest kamieniste, wody mało, a brzegi wysokie. Rosną na nich kilkunastometrowe buki. Słońce prześwieca przez ich młode listki, tworząc na wodzie świetlne odblaski. Wędrując boso po kamienistym dnie, holujemy kajak. Wokół cisza. Słychać tylko chlupot wody przepływającej między kamieniami i łopot skrzydeł wielkiej czapli, którą płoszymy, zbliżając się do zakrętu.
Z prądem
Potem brzegi rzeki robią się coraz węższe, wyższe, wody w korycie przybywa. Mniej więcej po godzinie wiosłowania drogę zagradza tama spiętrzająca wodę przed opuszczonym młynem. Miejsce jest bardzo malownicze. Rozlewisko otaczają rosnące na brzegach brzozy i sosny odbijające się w spokojnej wodzie. Na środku stawu kołysze się drewniana łódka, z której kilkuletni blondynek łowi ryby. Przez spiętrzenie płynie wartka woda, zasilająca kiedyś młyńskie koła. Wielkie krople wody rozpryskują się na wszystkie strony.
Za młynem rzeka płynie znowu szerokim i płytkim korytem. Kiedy do Zbrzycy wpada jej lewy dopływ – Młosina, wody gwałtownie przybywa. Porywa nas wartki prąd, dno rzeki z piaszczystego zmienia się w czarne od torfowej ziemi, woda mętnieje. Spotykamy kolorowe kaczki krzyżówki, łabędzie pary, które wdzięcznie gną w zalotach szyje. Mijamy zająca skaczącego po łące. Widząc nas, kładzie po sobie uszy i udaje, że go nie ma, łypiąc tylko wielkimi, błyszczącymi oczami.
Kolejne dwa młyny zmuszają do przenoszenia kajaków. Potem rzeka rozgałezia się na dwa koryta. Jedno z nich prowadzi do zarastającego jeziora Milachowo, druga jest skrótem, którym omijamy gęste od nenufarów, rzęsy i pałek wodnych niewielkie jeziorko.
Popołudniowe słońce oświetla zwalone w wodę brzozy i olchy. Z dna wystają schnące kikuty powalonych przez bobry drzew. Wiatr ucichł, woda nabrała odcieni głębokiego granatu. Wypatrujemy żeremii i ich sympatycznych mieszkańców. Bez skutku. Możemy za to do woli przyglądać się kasztanowym konikom, które pasą się przy polu biwakowym w Lasce, gdzie rozbijamy namiot.
Nagły atak mrozu
Kiedy nadchodzi zmierzch, gwałtownie zmienia się temperatura. W nocy kilkustopniowy mróz ścina trawy na łące i płótno namiotu. O piątej rano na nim i na kajaku jest gruba warstwa szronu. Niebo nad lasem powoli różowieje, rzeka odbija barwy wschodu. Kiedy słońce wytacza się w końcu na widnokrąg, znad rzeki i łąk bucha para. Jej gęstę kłęby unoszą się nad korzeniami olch wyrastających z wody, potem zaróżowione świtem kłaczki płyną nad rzeką, niczym bajkowe smoki. Opary znad łąk spływają jak lekka lawa do koryta i tańczą nad powierzchnią wody jak baletnice. Kropelki rosy drżą na nitkach pajęczyn utkanych między łodyżkami łąkowych roślin. Zmrożona trawa chrzęści pod nogami. Po półgodzinie po bajkowej scenerii nie ma śladu. Niebo jest intensywnie błękitne, słońce przygrzewa mocno spijając ostatnie krople wody z traw, namiotów i kajaków.
Trasa biegnie teraz przez pięć połączonych jezior: Laskę, Księże, Parszczenicę, Długie i Śluzę. Na wodzie kołyszą się łabędzie, pod bezchmurnym niebem kołują mewy, zwinne perkozy raz po raz dają nura w wodę, a potem wyskakują z niej jak korki od szampana.
Z jeziora Śluza rzeka wypływa szerokim na kilka metrów korytem. Woda jest bardzo spokojna, prawie nie ma tu zwalonych drzew czy mielizn. Można dać się nieść prądowi, nie dotykając wioseł. Leżymy więc na dnie kajaka i patrzymy na wysokie olchy, które porastają brzegi rzeki. Ich młodziutkie listki wyglądają jak zielona mgiełka, a wyrastające z wody korzenie przypominają drzewa namorzynowe. Na brzegach kwitną zawilce, rozwijają swoje listki paprocie, białe kwiaty czeremchy, poruszane delikatnymi podmuchami wiatru, wydzielają upajający zapach. Woda jest żółtawa od piasku na dnie, przejrzysta, widać falujące w niej wodne rośliny i uciekające przed kajakiem ławice większych i mniejszych rybek. Według wielu przewodników to najpiękniejszy odcinek rzeki.
W okolicy wsi Zbrzyca las się kończy i rzeka znowu wpływa między łąki. Dwa kilometry dalej wpada do jeziora Witoczno, gdzie łączy się z Brdą. Ale to już zupełnie inna historia.
Info
Dojazd z Warszawy pociągiem do Dziemian Kaszubskich przez Gdynię i Kościerzynę. Z Dziemian lub z Kościerzyny pekaesem (58 686 44 35, 58 686 37 13) do Somin.
Wynajem kajaków: Sylwester Lorbiecki, Sominy 25, 77-143 Studzienice, tel. 602 750 865, 59 821 62 28, kajak dwuosobowy wraz z wiosłami i kapokami: 30 zł/doba, transport: 1 zł/km.
Wpisz komentarz
Zamknij to okno