Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?


« Powrót do inspiracji (293)

Witaj w Podróży nr 40, luty/marzec 2014

Tajemnica Przełęczy Diatłowa


Ten widok ratownicy zapamiętali na całe życie. Obok strzępów namiotu leżało pięć zamarzniętych ciał. Czterech kolejnych zmarłych miało ślady dziwnych obrażeń. Jak zginęli? Do dzisiaj tego nie wyjaśniono.

Tekst Piotr Kałuża

23 stycznia 1959 r. dziesięcioosobowa grupa radzieckich studentów wyruszyła na wyprawę w góry Ural. Celem był Otorten, szczyt o wysokości 1234 m n.p.m. Uczestnicy ekspedycji byli bardzo młodzi. Poza przewodnikiem, który miał 37 lat, pozostali nie ukończyli 25. roku życia. Na czele stał 23-letni Igor Diatłow, alpinista i narciarz. Oprócz niego w ekspedycji brało udział dziewięcioro członków klubu turystyczno-sportowego. Na czarno-białych zdjęciach uśmiechają się: Zina Kołmogorowa, Ludmiła Dubinina, Georgij Krywoniszczenko, Jurij Doroszenko, Rustem Słobodin, Aleksander Kolewatow, Aleksander Zołotarew, Francuz Nicolas Thibeaux-Brignolle oraz Jurij Judin. Ten ostatni po kilku dniach zrezygnował z wyprawy z powodu ataku reumatyzmu. To mu uratowało życie.

Plan był jasno nakreślony. Po zdobyciu szczytu wyprawa miała wrócić 12 lutego do wioski Wiżaj – ostatniej osady leżącej u podnóża gór. Stamtąd Diatłow zamierzał wysłać telegram do kierownictwa klubu z informacją o zakończeniu ekspedycji. Brak wiadomości w umówionym terminie nie zaniepokoił jednak nikogo. Koledzy czekali, sądząc, że na opóźnienie mogła mieć wpływ pogoda, która właśnie się załamała.

Krew na śniegu
Dopiero gdy minął tydzień od daty planowanego powrotu, bliscy uczestników wyprawy wszczęli alarm. Natychmiast zorganizowano grupę ratunkową, której działania wsparły milicja i wojsko. Do poszukiwań włączono śmigłowce i samoloty. 26 lutego ratownicy odnaleźli opuszczony obóz, a właściwie jeden przysypany śniegiem namiot. Był rozcięty od wewnątrz. Wyglądało na to, że alpiniści w popłochu uciekli z bezpiecznego schronienia. W środku zostały ich rzeczy osobiste, m.in. ubrania i buty.

Wokół namiotu ratownicy znaleźli dziesiątki śladów stóp. Bosych, w samych skarpetkach albo w jednym bucie. Odciski pasowały do uczestników wyprawy, nie było śladów nikogo obcego. Nic też nie wskazywało na to, że mogło dojść do walki czy szamotaniny. Ekipa ratunkowa szła po śladach w dół zbocza, jednak trop urywał się po kilkuset metrach. Dopiero kilometr dalej leżały dwa ciała: Georgija Krywoniszczenki i Jurija Doroszenki. Mężczyźni byli bez butów, w samej bieliźnie. Zostali odnalezieni na skraju lasu, tuż przy dużej sośnie. Jej połamane gałęzie świadczyły o tym, że któryś z nich usiłował się na nią wdrapać. Być może po to, by zobaczyć coś z większej wysokości. Dłonie zmarłych nosiły ślady oparzeń, a tuż obok pozostały nadpalone w ognisku gałęzie. Widok był przerażający, ale ratowników czekały jeszcze trudniejsze chwile.

Ciało Diatłowa leżało na śniegu 300 m dalej. Szef wyprawy zmarł ze wzrokiem wbitym w namiot – wyglądało na to, że chciał do niego wrócić. Rustem Słobodin został znaleziony 180 m od Diatłowa. Miał pękniętą czaszkę, ale lekarze orzekli, że to nie ten uraz był przyczyną śmierci. Najbliżej obozu doczołgała się Zina Kołmogorowa. Ciała pozostałej czwórki zostały odnalezione dopiero dwa miesiące później. Leżały w wąwozie, przysypane 4-metrową warstwą śniegu, kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie odkryto pierwsze dwie ofiary. Francuz Nicolas Thibeaux-Brignolle miał zmiażdżoną czaszkę, a Ludmiła Dubinina i Aleksander Zołotarew połamane żebra. Najdziwniejsze było jednak to, że mimo rozległych obrażeń wewnętrznych ich ciała nie nosiły żadnych zewnętrznych okaleczeń czy ran. Wyglądało na to, że jakaś siła zmiażdżyła czaszkę i zmasakrowała żebra ofiar, nie powodując nawet otarcia skóry.

Co ciekawe, niektórzy ze zmarłych mieli na sobie ubrania kolegów. Zołotarew był ubrany w futro, które prawdopodobnie należało do Dubininy. Ta z kolei owinęła swoje stopy częściami garderoby Krywoniszczenki. Prawdopodobnie ściągnęli je ze zwłok wcześniej zmarłych alpinistów, żeby zabezpieczyć się przed zimnem. Stan niektórych części odzieży wskazywał, że musiały zostać zdjęte przy użyciu siły, tak jak gdyby zrywano je z ciał kolegów w wielkim pośpiechu.

Zamknięte śledztwo
Co się stało? Dlaczego doświadczeni alpiniści porzucili bezpieczne schronienie i wybiegli na prawie 30-stopniowy mróz tylko w tym, co mieli na sobie? Odnalezione w obozowisku zapiski, pamiętniki i fotografie nie wyjaśniły niczego. Wynika z nich jedynie, że alpiniści, podróżując szlakami miejscowego plemienia Mansów, zabłądzili z powodu złej pogody i rozbili obóz na zboczu góry Cholat Sjakl, aby przeczekać noc. Rankiem planowali pokonać 10-kilometrową trasę na szczyt Otortenu. Prawdopodobnie szykowali się już do snu, gdy doszło do tajemniczych wydarzeń.

Do dzisiaj nikt nie wie, co stało się wtedy na przełęczy. Oficjalnie za przyczynę śmierci uczestników wyprawy uznano hipotermię. Szef grupy dochodzeniowej odmówił jednak podpisania dokumentu i podał się do dymisji. Innego śledczego, który znany był z niezwykłej skrupulatności, odsunięto od sprawy. Mimo wielu pytań, na które nie znaleziono odpowiedzi, śledztwo zostało zamknięte, a cała dokumentacja trafiła do tajnego archiwum. Zwłoki zostały pochowane w metalowych trumnach. Teren, na którym rozegrał się dramat, został zamknięty dla turystów na kilka następnych lat. Komunikat wydany w tej sprawie przypisywał przyczynę tragedii „działaniu nieznanej siły”.

Nie idź tam
Z czasem tragedia młodych alpinistów zaczęła obrastać mitami. Do wiadomości publicznej przedostawały się szokujące informacje. Zarówno feralnej nocy, jak i w czasie samego dochodzenia w okolicy góry Otorten widziano np. dziwne pomarańczowe światła. Czy mogły mieć związek z tymi wydarzeniami? Jedna z teorii zakłada również, że śmierć alpinistów była ceną za naruszenie miejsc uznawanych za święte przez plemię Mansów, rdzenny lud Syberii, praktykujący dawne przedchrześcijańskie wierzenia oraz niezwykle silny w tej części świata kult niedźwiedzia. W ich języku Otorten znaczy „Nie idź tam”, a Cholat Sjakl to „Góra Umarłych”. Jak mówią miejscowe legendy, niegdyś już zginęło w tym miejscu kilkoro członków plemienia.

Według niektórych rosyjskich źródeł w odtajnionych w latach 90. aktach śledztwa znajdują się informacje, że ciała ofiar spod Otortenu nosiły ślady promieniowania. Co więcej, Jurij Judin, jedyny ocalały członek wyprawy, wspominał, że podczas pogrzebu twarze zmarłych wydawały się nienaturalnie opalone. Ile w tym prawdy, nie sposób dzisiaj ustalić. Nie brakuje też zwolenników teorii, według której alpiniści zostali zamordowani po tym, jak przez przypadek znaleźli się w rejonie objętym tajnymi wojskowymi eksperymentami. Tylko jak w takim wypadku wytłumaczyć brak śladów tych, którzy ich zabili? Cokolwiek wydarzyło się na zboczu Cholat Sjakl w mroźną zimową noc 1959 r., była to jedna z najbardziej zagadkowych tragedii w dawnym ZSRR.

Dziś o dramacie sprzed lat przypomina jedynie niewielki betonowy obelisk, na którym umieszczone są zdjęcia dziewięciu tragicznie zmarłych alpinistów oraz ich imiona i nazwiska. Dla uczczenia pamięci lidera grupy i członków wyprawy miejsce, gdzie rozbili swój ostatni obóz, nieopodal szczytu Cholat Sjakl, nosi dziś nazwę Przełęczy Diatłowa.


Komentujesz: Tajemnica Przełęczy Diatłowa

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie