Po wypadku, któremu uległem, byłem przekonany, że wszystko, co do tej pory widziałem w Karkonoszach, musi mi wystarczyć, że już nigdy nie będzie mi dane zobaczyć tego ponownie na własne oczy. Nie miałem racji
TEKST: JAROSŁAW ROLA
To stara historia, ale chyba warto ją przypomnieć. Zrobiłem wszystko, żeby wypadek, który przeżyłem, nie przekreślił szans na normalne życie. Symbolem mojej walki stała się Śnieżka.
Nie byłoby to pewnie możliwe, gdyby nie fakt, że poza codziennymi obowiązkami zajmuję się projektowaniem i budową sprzętu sportowego dla niepełnosprawnych. Opracowałem między innymi kilka rowerów napędzanych siłą rąk (tak zwanych handbike’ów), wózek aktywny z hamulcami tarczowymi, zaprojektowałem własny mono-ski (specjalne urządzenie umożliwiające niepełnosprawnym jazdę na nartach).
Z tych urządzeń osoby niepełnosprawne korzystają od lat. Mnie jednak chodziło po głowie coś zupełnie innego.
Z WÓZKA ROWER
W lipcu 2004 roku rozpocząłem projektowanie nowego roweru, czegoś odmiennego niż do tej pory, roweru, który pozwoli swobodnie poruszać się po górach oraz w ciężkim terenie. Założenia były proste: rower ma być połączeniem wózka i roweru górskiego. Ma umożliwiać sprawne i szybkie pokonywanie dużych podjazdów i stromych zjazdów oraz poruszanie się po kamieniach i w błocie, czyli wszystko to, czego nie da się zrobić na zwykłym wózku.
Pod koniec października projekt był gotowy. Niezwłocznie rozpocząłem budowę pojazdu. W marcu 2005 roku mój górski handbike stał już na kołach. Można było rozpocząć testy.
Rower z nawiązką spełnił moje oczekiwania. Szybko się okazało, że projekt i wykonanie były prawdziwym strzałem w dziesiątkę, a możliwości, jakie dawał rower, otworzyły całkowicie nowy rozdział w moim życiu.
Ma on wszystkie cechy tradycyjnego roweru górskiego, czyli terenowe koła, przerzutki z szerokim zakresem przełożeń, bardzo sprawne hamulce tarczowe i amortyzowane zawieszenie, co pozwala wjechać wprost na bezdroża, pokonywać strome podjazdy oraz zjeżdżać wyboistą, kamienistą ścieżką po zboczu górskim.
Widok błota lub wielkiego głazu na leśnej ścieżce przestał mi przypominać że „na wózku nie wszystko można”. Pozwalał czerpać przyjemność z tego, że można taką przeszkodę szybko pokonać. Kamieniste i nierówne drogi stały się moimi sprzymierzeńcami i ponownie mogłem dostrzec w nich piękno.
ONA
Po sprawdzeniu mojego dość nietypowego „górala” od razu przyszła mi do głowy myśl, że trzeba wybrać się ponownie na Śnieżkę. Miał to być najlepszy sprawdzian dla mnie i dla Explorera (jak ochrzciłem moją maszynę). Na wszystko jednak miał przyjść czas. Na początku trzeba było potrenować.
Konsekwentnie zdobywałem okoliczne wzniesienia, których w rejonie Jeleniej Góry nie brakuje. Towarzyszyła mi żona, nie rozstając się z aparatem. To dzięki niej mamy wiele zdjęć z naszych wypraw. Byliśmy na Chojniku, na Wielkiej Kopie (871 m n.p.m.), w Strzesze Akademickiej (1258 m n.p.m.), na Sokoliku w Rudawach Janowickich, a także u podnóża lodowca Kitzsteinhorn w Austrii.
W głowie ciągle jednak była ona – Śnieżka. Wiedziałem, że nie będzie łatwo. I faktycznie. Dwa razy musieliśmy zawrócić ze szlaku, ponieważ okazało się, że Explorerem – pomimo tego, że daje wielkie możliwości poruszania się w terenie – wszystkiego nie da się pokonać. Za pierwszym razem powstrzymała nas wielka wyrwa w ziemi, za drugim – długie i strome schody. Wciąż próbowaliśmy nowych szlaków, aż wreszcie 16 lipca 2006 roku udało się! Śnieżka została zdobyta! Mogliśmy wraz z żoną cieszyć się kolejną udaną wyprawą. Tym razem w miejsce, którego – jak sądziłem – miałem już nigdy nie zobaczyć...
WCIĄŻ WYŻEJ
Wkrótce po udanym wjeździe na Śnieżkę przyszedł mi do głowy kolejny pomysł. Skoro z symbolem Dolnego Śląska poszło tak łatwo (w końcu do trzech razy sztuka!), to może warto spróbować sił w innych, wyższych górach.
Tak zrodziła się myśl, aby wybrać się na Kilimandżaro, najwyższy szczyt Afryki. Jest to również góra-symbol, jeden z najbardziej rozpoznawalnych szczytów świata. A co w moim przypadku najważniejsze – możliwy do zdobycia na takim sprzęcie jak mój. Wyprawa na Kilimandżaro odbyła się w 2008 roku. To jednak jest już temat na inny artykuł...
Wszystkich ciekawych zapraszam na moją stronę internetową. Znajdziecie tam wszystkie zdjęcia i filmy z naszych wypraw. Co ważne, strona została stworzona po to, aby uświadomić ludziom, że fakt, iż jeździ się na wózku, nie zamyka człowiekowi drogi do poszukiwania wrażeń i odkrywania nowych obszarów życia, na pozór niedostępnych. Może ktoś z Was po zapoznaniu się z jej treścią odkryje w sobie chęć do uprawiania sportu lub poprostu do zrobienia czegoś nowego.
Wpisz komentarz
Zamknij to okno