Pośród pereł ziemi lubuskiej
Autorzy naszych artykułów przemierzyli wzdłuż i w szerz całą Polskę. Zachęcamy do zapoznania się z ich relacjami, obejrzenia bogatej galerii zdjęć. Być może któryś artykuł zainspiruje was do zorganizowania własnej wyprawy i podzielenia się wrażeniami. Lato coraz bliżej, a to idealny czas na podejmowanie kolejnych podróżniczych wyzwań.
::Tekst Wojciech Mochocki
Kwiecień-plecień – mówi porzekadło. I jakby na potwierdzenie, tego dnia, kiedy miałem wyruszyć, było pochmurno i wietrznie, chociaż ciepło. Wyposażony w rower górski, kask, przeciwdeszczowe ubranie, mapę regionu i plecak z prowiantem, jestem gotów do drogi.
Przyroda i historia
Wyruszam z Lubska tuż po ósmej rano. Po kilku kilometrach docieram do datowanej na XIII wiek wsi Wicina. W jej okolicach znajdują się pozostałości starożytnego grodziska, wywodzącego się z archeologicznej kultury łużyckiej. W centrum wsi, tuż za mostkiem, napotykam Dąb Lutra. Obok pnia głaz z napisem „Luther Eiche 1483–1883”. W ten sposób dawni mieszkańcy uczcili 400. rocznicę urodzin niemieckiego reformatora.
Z refleksją o zamierzchłych czasach, ówczesnej kulturze i obyczajach ludzkich jadę w stronę otoczonej lasami wsi Roztoki, a potem duktami leśnymi i polami docieram do Biedrzychowic Dolnych. Moją uwagę przykuwa XIII-wieczny kościół w stylu romańskim, ponoć najstarszy zabytek architektoniczny ziemi żarskiej. Jest i XV-wieczna dzwonnica, usytuowana w linii muru okalającego kościół.
Świetnie oznakowaną ścieżką przyrodniczo-dydaktyczną docieram do starego młyna nad Szyszyną, a potem do wału ziemnego wczesnośredniowiecznego grodziska z VIII wieku. To teren zabytkowego parku, w którym znajdują się prawdziwe pomniki przyrody – kilkanaście potężnych 300–400-letnich dębów oraz sędziwych klonów. Czas nagli, pogoda niepewna, zatem pora zjechać na chwilę ze szlaku i podkręcić tempo.
Kierunek – Żary. To tutaj właśnie odbywał się Przystanek Woodstock. Pamiętam jak dziś atmosferę muzycznego festynu i nocne śpiewy tysięcy ludzi. Zarządzam postój, a po chwili poznaję dwa zabytki: XIII-wieczny gotycki zamek Dewinów-Bibersteinów oraz sąsiadujący z nim, dobudowany w XVIII wieku przez ród von Promnitzów, barokowy pałac.
Pora zjechać na czerwony szlak turystyczny prowadzący do Łęknicy. Mijając kościół pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, wjeżdżam w kompleks „Zielony Las”. Tworzą go morenowe wzgórza, z prawdziwą chlubą województwa lubuskiego – Górą Żarską. W dalszej części wyprawy kolejne atrakcje, między innymi tak zwana Wieża Promnitza z XIX wieku oraz XIV-wieczny kościół w Miłowicach.
Spotkanie ze sztuką
Ani się obejrzę, a już znajduję się w krainie geograficznej Łuk Mużakowski. Występują tu ukryte głęboko w lesie, nieco zapomniane przez człowieka, kolorowe jeziora wyrobiskowe. Podążając za urzekającym krajobrazem moren, gdzie od 150 lat eksploatowane są surowce mineralne, dojeżdżam do wsi Niwica, a potem siłą rozpędu do wsi Buczyny, gdzie znajduję prywatny Skansen Budownictwa Łużyckiego.
Po dłuższej chwili pozostawiam za plecami tę kolebkę kultury i kierując się na zachód, docieram do pradoliny Nysy Łużyckiej, skąd przedostaję się do samej granicy Parku Mużakowskiego. Jego twórca, niemiecki pisarz, ogrodnik i podróżnik Hermann von Pückler-Muskau, poświęcił pół swojego życia na projektowanie i realizację własnej wizji natury – prawdziwego dzieła sztuki, opisując swoją pracę jako „malarstwo przyrody”.
Ten klasyczny park krajobrazowy położony po obu stronach polsko-niemieckiej granicy jest jednym z dzieł europejskiej sztuki ogrodowej XIX wieku. Został wpisany na listę dziedzictwa UNESCO w 2004 roku. Przechadzam się pieszym szlakiem, sycę oczy krajobrazem bezkresnych łąk, wyniosłych drzew, unikatowych mostów i budowli. Magia tego miejsca sprawia, że nie chcę się stąd ruszać. Jednak późne już popołudnie uzmysławia mi konieczność dalszej jazdy.
Zwieńczenie w pałacu
Nie mając już czasu na poszukiwania rowerowych szlaków, wybieram zwykłą drogę, która prowadzi mnie do miejscowości Tuplice. Tam odbijam na lokalną, wąską szosę. Nieopodal wsi Proszów natrafiam na niezwykły pomnik przyrody – 150-letnią sosnę zwyczajną, tak zwaną Ośmiornicę, pnącą się na wysokość 26 metrów. Prawdopodobnie drzewo powstało w efekcie zrośnięcia się kilku innych drzew w jeden zwarty pień, z którego wyrosły rozgałęzienia w postaci ośmiu potężnych ramion.
Na koniec dnia docieram do wsi Brody. Szybko odnajduję serce miejscowości – pałac Brühla z XVIII wieku. Stoję. Fotografuję. Kontempluję. I pomyśleć, że dawniej budowla zachwycała swą formą architektoniczną, a dziś przypomina ruinę. Oby znalazł się hojny właściciel, który uratuje zabytek.
Zapada zmrok. Postanawiam zostać tu do jutra. Będzie czas na regenerację sił. Odczytuję dane z licznika: 115 kilometrów w 12 godzin. To był dobry dzień.
Tatrzańska rozgrzewka
Dzień wyjazdu w Tatry jest zawsze najszczęśliwszym dniem w moim życiu. Góry te mają swój urok, powab i świeżość. Jest tu cisza i spokój. Choć jednocześnie są bardzo srogie i niebezpieczne
::Tekst Anna Maria Prościńska
Bagaże już zapakowane do samochodu, mapa w ręce, możemy ruszać! Naszym celem nie jest jednak – jak dla większości turystów – Zakopane. Jedziemy przez Poronin do Murzasichla, na Majerczykówkę. Mamy tam przyjaciół i od lat jeździmy w to samo miejsce. Roztacza się stąd piękny widok na Tatry. Wystarczy wyjść na uliczkę albo zerknąć przez okno, by ujrzeć góry. Nasi gospodarze wiele razy oglądali przez lornetkę narciarzy szusujących z Kasprowego Wierchu.
Dzisiaj już nie wyruszamy na szlak, bo zaczyna się ściemniać, ale idziemy w górę Murzasichla przywitać się z górami. To taka nasza tradycja. Wieczorem jeszcze tylko do Harnasia na grzane wino i spać. A jutro... Hej przygodo!
Kasprowy Wierch
Jestem strasznym śpiochem, ale tutaj, w górach, szkoda dnia na spanie. Wstaję więc zawsze bardzo rano, bo i na szlak wychodzi się wcześnie, żeby zdążyć gdziekolwiek dojść i wrócić, nim zapadnie zmrok. Dla rozgrzewki przed kolejnymi wyprawami wybieramy się najpierw do Kuźnic, by stamtąd ruszyć na szlak. Z Murzasichla jedziemy busikiem do Zakopanego, stamtąd kolejnym busikiem do Kuźnic. Pod sam wyciąg kolejki linowej. Zobaczywszy jednak długą kolejkę do kolejki na Kasprowy Wierch, rezygnujemy z podwózki, rozkładamy kijki i wybieramy wariant „własnej dwójki”.
Kierujemy się prosto na niebieski szlak, który prowadzi na Kasprowy Wierch. Nad naszymi głowami śmigają wagoniki kolejki. Jest czerwiec. Na dole 30 stopni Celsjusza i słońce pali straszliwie, ale na górze będzie chłodniej. W plecaku czekają więc sweter i kurtka. Pniemy się do góry krok po kroku. Po około dwóch godzinach dochodzimy do Myślenickich Turni, gdzie jest przystanek kolejki linowej. Chwila odpoczynku.
Znów obserwujemy śmigające wagoniki nad nami. Niektórzy nam machają, a niektórzy robią wielkie oczy, dziwiąc się, że można też na nogach. Nagle przed szczytem zrywa się halny. Trudno jest utrzymać się w pionie i złapać oddech. Miotamy się i szarpiemy z wiatrem, aż wreszcie docieramy na szczyt. Można odpocząć.
Schodzimy po schodkach do poziomu budynku kolejki linowej, skąd udajemy się żółtym szlakiem w kierunku Doliny Gąsienicowej. Na drodze leżą jeszcze dwa długie płaty śniegu, ale udaje się je jakoś pokonać. Nie bez lęku oczywiście, że zjedzie się na tyłku nie w tę stronę co trzeba. Mijamy śnieg. Uff... Na trawie zaczynają się rozwijać szarotki. Piękne są. Wyglądają jak takie małe górskie słoneczka. Nie można nacieszyć oczu. Czas jednak ruszyć dalej. Świnica patrzy na nas z góry, a kawałek dalej pojawia się widok-cud.
Dolina Gąsienicowa
Oto ukazują się naszym oczom Polana Gąsienicowa i dwa dostojne Kościelce w swej pięknej szacie. Niesamowity widok. Razem z szałasami i dymem z komina schroniska, który wychodzi jakby z ziemi, tworzą obrazek nadzwyczajny! Można by tam siedzieć i patrzeć na to cały dzień, ale żołądek przypomina o sobie. Ruszamy więc w stronę schroniska Murowaniec. Tam odpoczynek i oczywiście żurek i naleśniki. Upajamy się widokiem gór, zerkając w okno ponad głowami turystów.
Czas w drogę. Ruszamy niechętnie, bo ten widok będzie musiał pozostać za nami. Odwracamy się jednak co chwila, by rzucić spojrzenie na Kościelce. Idziemy, z bólem serca pozostawiając swoje ślady na polanie. Dochodzimy do rozstaju szlaków. Możemy wracać przez Dolinę Jaworzynki lub przez Boczań. Wybieramy pierwszą opcję, bo przez Boczań idzie się lasem, a tu takie piękne słońce.
Dolina Jaworzynki
I już stąpamy po Jaworzynce. Ścieżka widoczna z góry przypomina białą tasiemkę wśród traw. Tam górale naprawiają dachy w szałasach. Rozglądamy się uważnie, bo może gdzieś w okolicy czai się niedźwiedź. Chciałybyśmy go zobaczyć, choć oczywiście lepiej z daleka. Ale hałas taki, to myślimy, że pewnie ze strachu wszystkie pouciekały.
Co ciekawe, po jakimś czasie dowiedziałyśmy się, że wtedy właśnie niedźwiedź chodził w tym miejscu, przyglądał się naprawie szałasów i pewnie... nam! Coś niesamowitego! Idziemy dalej. Słońce już kończy swój codzienny kurs. Bezpiecznie dotarłyśmy do Kuźnic. Trochę zmęczone, ale rozgrzewka na pewno się udała. Czas na zasłużony odpoczynek. A jutro – gdzieś wyżej...
Rabka dla babci z wnukiem
Kiedy wyjeżdżałam z 6-letnim wnukiem do Rabki-Zdroju, życzliwi ostrzegali „umrzesz z nudów lub zbankrutujesz”. Nic z tych rzeczy!
::Tekst Zuzanna Csató
Wspólnych atrakcji w tym dziecięcym uzdrowisku położonym w Dolinie Rabczańskiej jest sporo. Od łatwych wycieczek w góry, przez zwiedzanie skansenu kolejowego w pobliskiej Chabówce, po pisanie listu do Świętego Mikołaja, którego pomnik stoi przy zabytkowej stacyjce, i wdychanie dla zdrowia solanki jodkowo-bromowej w nowych tężniach w Parku Zdrojowym. 102-letni park to atrakcja sama w sobie, więc bez trudu omija się „aleję szczęścia” i usytuowane w pobliżu płatne place zabaw, kucyki, nadmuchiwaną zjeżdżalnię czy wypożyczalnię samochodzików.
Wydatków jednak ominąć nie sposób. Teatr lalek Rabcio zrobi wrażenie tylko na maluchach (bilet – 12 złotych). Na wszystkich zaś – Muzeum Orderu Uśmiechu oraz Muzeum Rekordów i Osobliwości w rodzinnym parku rozrywki Rabkoland. Wejście i zwiedzanie darmowe, ale za każde lunaparkowe szaleństwo (od diabelskiego młyna po gokarty) trzeba zapłacić (jeden przejazd – 5 złotych, karnet bez ograniczeń – 50 złotych).
Spanie i jedzenie? Ofert mnóstwo, ale najlepiej wynająć pensjonat poza centrum. My trafiliśmy do Dolnej Rabki do Willi „Hanusia” uroczych Małgosi i Jana Sarków. Bez aut i kramów, blisko lasek i sarenki. Pokoje ładne, wygodne, kuchnia wyśmienita, świetlica z mnóstwem zabawek, książek i gier, a za domem rewelacja – kryty plac zabaw w starej szklarni. Na dworze leje, a maluch się huśta, zjeżdża, robi babki z piasku albo skacze na trampolinie. Babcia natomiast wskakuje na stojący obok rowerek treningowy i przygotowuje się do następnych wypraw z wnukiem. Może na Turbacz
Wpisz komentarz
Zamknij to okno