Mostek Trzech Króli
Jeśli pracujesz w firmie, która kultywuje zacny zwyczaj dawania pracownikom wolnego między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, to – dzięki Trzem Królom – biorąc cztery dni urlopu, masz dwa tygodnie zimowych wakacji! Jeśli natomiast Twoja firma niczym wstrętny Ebenezer Scrooge nie czuje ducha świąt i żąda, żebyś przychodził do pracy, zamiast obżerać się pod choinką, jak nakazuje przyzwoitość, musisz wziąć kilka dni więcej. Ale może i to się opłaci? Lekarze twierdzą, że tydzień urlopu w zimie to dla organizmu jak dwa tygodnie latem. Może warto więc wykorzystać nową tradycję i zrobić sobie zgrabny mostek Trzech Króli. Jeśli podejmiesz taką decyzję, pozostaje już tylko zdecydować, gdzie zażyć zimowych rozkoszy. Mamy kilka propozycji
Sylwester z mnichami
To pomysł nieco ekscentryczny, ale coraz bardziej modny. Zwyczaj spędzania sylwestra w klasztorze jest co prawda nowy, ale w najbardziej popularnych lokalizacjach, takich jak Tyniec czy Lubiń, miejsc brakuje już od miesięcy. Klasztorne sylwestry to imprezy bardzo różne, niektóre trwają nawet kilka dni! Tak jest u benedyktynów w Lubiniu. Takiego sylwestra tak wspomina w Internecie Pawlo: „Pojechaliśmy z żoną na sylwestra do Lubinia. W zeszłym roku byli tam brat z żoną i nas namówili. Klimat jak w »Imieniu Róży«, pomieszczenia klasztorne robią wrażenie, a do tego ten śpiew mnichów. Najfajniejsze, że przez chwilę możesz poczuć się jak mnich, żyjesz z nimi, rąbiesz drzewo, przynosisz cebulę z lochów, rozmawiasz o życiu. Jest ciężko, ale warto coś takiego przeżyć”. No właśnie: „ciężko” – modlitwy, kontemplacje, refleksja, wyciszenie, z napojów herbata, choć czasami nawet z konfiturami! Chwila zatrzymania w biegu, chwila zadumy nad mijającym czasem. Może warto? I nie myślcie, że decydując się na taką „imprezę”, spędzicie czas w gronie dewotek wielbiących Ojca Dyrektora. Nic bardziej mylnego. Sylwestry w klasztorach przyciągają ludzi sukcesu, biznesmenów, młodzież. Goście spacerują po krużgankach, rozmawiają, medytują, słuchają modlitw. Szczęść Boże na Nowy Rok.
Chanuka na Kazimierzu
„Odrobina światła rozprasza wiele ciemności” – mawiał rabin Szneur Zalman z Ladów. Począwszy od najciemniejszej nocy grudniowej, na krótko przed zimowym przesileniem, Żydzi przez osiem dni obchodzą Chanukę – Święto Świateł. Po zachodzie słońca zapalają świeczki w ośmioramiennym chanukowym świeczniku, codziennie o jedną więcej, odmawiając błogosławieństwo dziękczynne za cuda, które Bóg uczynił dla ich przodków. Chanukija, czyli chanukowy świecznik, powinna stać w oknie i rozgłaszać radosną wieść całemu światu. I tak spacerując po grudniowym Krakowie, wszędzie mijamy święte światełka. Jedne, zapalone na choinkach, głoszą rychłe narodziny Zbawiciela, inne płonące w ośmioramiennych świecznikach niosą dobrą nowinę o boskiej opiece nad ludźmi. Oto nie wszystko stracone, ciemność – mimo że wydaje się rządzić światem – przeminie, światło przecież zawsze w końcu zwycięża. Ten uniwersalny przekaz wiary i nadziei zapala święte światełka. Gdy w tę noc grudniową wejdziemy na ulicę Szeroką, zobaczymy chanukowe lampki w oknach restauracji. Możemy odwiedzić jedną z siedmiu synagog zachowanych na krakowskim Kazimierzu, możemy skosztować pysznego karpia po żydowsku (przecież zbliża się Gwiazdka), pójść na cmentarz lub wręcz przeciwnie – zabawić się w jednym z licznych pubów i nocnych lokali. Jest bowiem krakowski Kazimierz niezwykłą mieszanką historii i współczesności. W jego zabytkowych murach koncentruje się dziś życie nocne Krakowa. Warto tu pobyć, zwłaszcza zimą, gdy mrok rozświetlają święte światełka chrześcijan i żydów.
Biała Białowieża
Prawdziwej zimy – śniegu, mrozu, pól zasypanych śniegiem, leśnych dróżek wijących się wśród ośnieżonych choinek – można doświadczyć tylko z dala od miasta, z dala od błota, brudu i korków. Taka jest zima w odwiecznej puszczy, w jedynym zachowanym w Europie fragmencie lasu pierwotnego, w Białowieży. A zimą dla turystów jest tu moc atrakcji – można mknąć na biegówkach przez zasnieżone lasy, płosząc sarny, można podejść do brogów z sianem i spojrzeć w oszroniony pysk żubra, można pędzić na sankach w wesołym kuligu grającym janczarami i piec kiełbaski przy trzaskającym ognisku. A to wszystko na każdą kieszeń, bo tutejsza oferta jest na tyle szeroka, że każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli gustujemy w luksusie i chcemy poczuć się jak car (który uwielbiał Białowieżę), możemy skorzystać z apartamentów Restauracji Carskiej (tam też niezapomniana bania). Jeśli szukamy czegoś skromniejszego, ale wygodnego, przyjaznego i smacznego, pensjonaty Ostoja czy Siło Budy będą akurat. A jeśli chcemy zaznać prawdziwej głuszy w standardzie turystycznym, czeka wiele gospodarstw, jak choćby Orlik, pod którego okna codziennie przychodzą sarny i jelenie. Uważajcie jednak – zanim zdecydujecie się na którąś z propozycji agroturystycznych, przeczytajcie dokładnie komentarze tych, którzy już tam byli. Słyszeliśmy i o takich gospodarzach, którzy ze względu na lakier na parkiecie zabraniali tańców, a 30 grudnia o godzinie 23 ogłosili ciszę nocną, „bo sylwester to będzie jutro”. To oczywiście wyjątki, ale warto poczytać komentarze na forach, żeby nie mieć zepsutego pobytu. Jeśli więc masz dość zimy w postaci błota, korków i nosicieli grypy w każdym tramwaju, jedź do głuszy, jedź do puszczy, jedź do Białowieży. Tam zima jest spokojna, dostojna i pełna uroku. Odwieczny las otulony białą kołderką czeka.
Na wczasach w góralskich lasach
„Za oknami noc, w górach śniegu moc okrywa wszystko”, a my balujemy w jednym z górskich kurortów. Nie dzielimy włosa na czworo, nie rozważamy za Mistrzem „czort jedyny wie, co rzuciło mnie w to uzdrowisko”. Po prostu jesteśmy tu, gdzie każdy chciałby być – w górach. Zima, zwłaszcza w Tatrach, to idealny czas. Po pierwsze wiele gospodyń organizuje dla gości pobyty świąteczne z przepysznym menu. A po wigilijnej kolacji z gazdami warto przez rozśpiewaną, rozświetloną choinkowymi światełkami wieś pójść na pasterkę. Warto, bo tutaj na Podhalu ludzie w kościele naprawdę śpiewają. A kiedy w drewnianym, misternie zdobionym kościółku huknie fortissimo „Bóg się rodzi”, to człowiek czuje, że to prawdziwe Boże Narodzenie. A potem kuligi, narty i nareszcie puste szlaki w górach. Dla tych, którzy w lecie w polskie Tatry nie chodzą, bo nie lubią kolejek, zima to czas górskich wędrówek. Oczywiście zawsze przed wyjściem na szlak należy sprawdzić prognozę pogody, komunikat o zagrożeniu lawinowym i zostawić wiadomość o planowanej trasie. Chodzenie w zimie wymaga więcej wysiłku fizycznego i hartu ducha niż latem, ale daje też o wiele więcej satysfakcji. W piękny słoneczny dzień wybierzmy się choćby na spacer do Doliny Białego. Ośnieżone choiny, lodospady na strumieniu, iskrzący się śnieg – to cudowna sceneria zimowej przechadzki. A dla miłośników adrenaliny polecamy zimowe przejście przez Świstówkę z Doliny Pięciu Stawów do Morskiego Oka. W lecie tłumnie tu i gwarno. W zimie zdarza się, że przez całą drogę nie spotkamy nikogo. W słoneczny dzień szlak oferuje przepiękne widoki ośnieżonych szczytów, malowniczą trasę przez śnieżne pola i stosowną dawkę adrenaliny i wysiłku. Najpierw trzeba się wdrapać do schroniska w Pięciu Stawach, stamtąd ruszamy w dalszą drogę. Nasz szlak wiedzie częściowo przez tereny zagrożone zejściem lawin, więc trzymamy się ścieżki i nie chodzimy na skróty. W końcu nie chcemy skończyć jak słynny patrol austriackich żandarmów, który w całości udał się w ostatnią podróż z lawiną żlebem, który od tamtego czasu nazywany jest Żlebem Żandarmerii. A jak spotkacie świstaka, to nie zapomnijcie zapytać go, czy daleko jeszcze do wiosny.
Gotyk na dotyk
Gotycka starówka w świątecznych dekoracjach wygląda jak miasteczko z bajki lub z... piernika. Na stromych dachach z trudem trzyma się śnieg. Wąskie uliczki pachną ciastem. Nagle całe miasteczko wypełnia się majestatycznym dźwiekiem dzwonu. To Tuba Dei z katedry Janów obwieszcza Narodzenie Pańskie. To jeden z największych średniowiecznych dzwonów kołysanych w Europie Środkowej. Na dzwonnicy katedry zawieszono go w 1500 roku. Jego głos można usłyszeć tylko od święta. Na rynku stada gołębi i goniące za nimi dzieci. A wszędzie dookoła zabytki – średniowieczne mury, krzywa wieża, dom ojca Mikołaja Kopernika. Hasło promocyjne Torunia brzmi „Gotyk na dotyk” i jest – jak nieczęsto się to zdarza – bardzo prawdziwe. Tu wszędzie jest blisko. Spacerkiem przez zimowe uliczki starówki dojdziemy do Planetarium. W oczekiwaniu na seans odwiedzamy czekoladziarnię Mont Blanc, która mieści się vis-à-vis budynku Planetarium i wita zziębniętych czekoladową fontanną z kawałkami owoców i kruchymi ciasteczkami. Tu rozgrzejemy się i uzupełnimy energię. A potem, uwaga, zapiąć pasy i ruszamy w wielką podróż. Wokół nas migają gwiazdy i galaktyki, nasz statek pędzi, pokonując setki lat świetlnych. Pęd, a może tylko zachwyt, wgniatają w fotele. Oto nasz wszechświat – bliższy i dalszy. Oto gwiazdy – te, które dopiero się rodzą, i te, które właśnie umierają. Oto galaktyki podobne do naszej, a jednak inne. Oto my, nasza planeta, nasz dom, taki malutki, tam wsród innych świetlistych punkcików. Jest taki zielony! Myślę, że gdyby każdy człowiek raz na jakiś czas chodził na seans do Planetarium, ten nasz świat byłby lepszy.
Światła wielkiego miasta
9 stycznia 2011 roku w Warszawie (i nie tylko) dziewiętnasty już finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Rozbłysną sztuczne ognie, zabrzmi muzyka. Ale to tylko jeden z elementów świetlistej zimy w stolicy. Od początku grudnia na Nowym Świecie, Krakowskim Przedmieściu, na rynkach Nowego i Starego Miasta pojawią się liczne iluminacje. Od kilku już lat władze stolicy nie skąpią grosza na świąteczne dekoracje. Warszawiacy cenią sobie zimowe spacery Traktem Królewskim rozświetlonym gwiazdami, kwiatami i chinkowymi światełkami. W weekendy w okolicach Starówki trudno znaleźć miejsce do zaparkowania! Tłumy promenują Krakowskim Przedmieściem i Nowym Światem, podziwiając dekoracje i pysznie udekorowane wystawy. Taki spacer wśród świateł i kolorów znakomicie poprawi humory wszystkich cierpiących z powodu braku słońca. To warto zobaczyć.
A może zimą nad morze?
W pierwszej chwili pomysł ten może wydawać się karkołomny, jednak gdy mu się bliżej przyjrzymy, odkryjemy wiele zalet zimowego wypadu nad morze. Puste plaże kuszą do długich spacerów, znaczne zniżki w hotelach i na kwaterach zachęcają, by zostać kilka dni dłużej, zaś życie towarzyskie wieczorami toczy się przy szantach w tawernach! Słowem: raj, którego magię trudno poczuć tłumnym latem, a który zimą jest na wyciągnięcie ręki. A gdy do tego trafi się taka zima, jaka była na przykład w ubiegłym roku, otworzą się przed nami zupełnie nowe możliwości aktywnego wypoczynku! Warto odważyć się na kąpiel w morzu wraz z trójmiejskimi morsami albo pojeździć na łyżwach przed molo w Sopocie, zaś gdy sypnie śnieg, to i na biegówkach można plażą poszusować! Idąc na spacer, można sobie zaśpiewać: „Morza szum, ptaków śpiew, biała plaża pośród drzew...”. A skoro już o ptakach mowa – warto zabrać ze sobą spory zapas chleba. Zimą ptactwo tylko łypie na nas okiem, czy przygotowaliśmy się odpowiednio na spotkanie. A jeśli komuś narty (te zjazdowe) są do szczęścia niezbędnie potrzebne – niech je zabierze ze sobą! Wyciąg narciarski Łysa Góra w Sopocie czeka!
Wpisz komentarz
Zamknij to okno