Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?


« Powrót do inspiracji (338)

Witaj w Podróży #42, czerwiec/lipiec 2014

Morawski trójkąt


Kto choć raz trafi do Czech, na południe Moraw, dobrowolnie poddaje się urokowi tej krainy i ma ochotę zniknąć w niej na dłużej. Poznajcie magiczny trójkąt tworzony przez trzy niezwykłe miejsca: Mikulov, Lednice i Valtice.

Tekst Anna Kobus

Właściwie opowieść powinnam zacząć tak: za górami, za lasami czeka kraina baśniowych zamków, malowniczych miasteczek i wielkich rodów. Tym najsłynniejszym byli Liechtensteinowie – niemiecki ród książęcy, władający księstwem Liechtenstein i posiadający swe włości m.in. na Morawach.
Ta historyczna kraina we wschodniej części Czech jest regularnie odwiedzana przez polskich turystów, którzy latem jadą do Chorwacji lub Włoch, zaś zimą wybierają się na narty w Austrii. Tuż przed austriacką granicą mijają zjawiskowy zamek dominujący nad miasteczkiem. Jeśli zdecydują się, podobnie jak ja, zjechać z głównej trasy, odkryją fascynujący trójkąt stworzony przez trzy niezwykłe miejsca związane z słynnymi rodami i wielowiekową historią.

Mikulov: Miasto jak z bajki
Przeoczyć go nie sposób. Już z drogi widać doskonale domki z czerwonymi dachówkami, spośród których wyrastają skały. Wznosi się na nich imponujący zamek, niczym z ilustracji do opowieści o smokach i dzielnych rycerzach. Trudno się dziwić, że miejsce to potrafi zachwycić od pierwszego wejrzenia.
Plątanina wąskich uliczek doprowadza mnie do rynku, na którym zwraca uwagę kamienica U Rycerzy. Jej charakterystyczne biało-czarne ściany zdobią sgraffita ze scenami przedstawiającymi m.in. polowania czy hulanki. Tuż obok rynku stoi barokowy kościół, który od wieków pełni funkcję... grobowca rodu Dietrichsteinów. Ich miejsce tutaj jest ze wszech miar uzasadnione – zapisali się oni na wieki w historii miasteczka, władając nim przez 400 lat, aż do 1945 r. I nic dziwnego, że potrzebowali po śmierci jakiejś reprezentacyjnej siedziby. Początkowo był tu tzw. domek loretański, następnie wzniesiono na nim kościół św. Anny będący kopią wiedeńskiego kościoła św. Boromeusza. W jego kryptach chowano kolejnych członków rodu. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie katastrofalny pożar, który wybuchł w 1784 r. Po nim należało budowlę wznieść od nowa – już jako rodzinne mauzoleum. Co ciekawe, mimo bogato dekorowanej fasady, wnętrze uderza ascetycznym wystrojem. Ustawiono w nim rzędem trumny udostępnione do zwiedzania. Osobliwy to spacer obok najmożniejszych niegdyś mieszkańców tych ziem.
Wracam na rynek, bo wśród zalanych słońcem kamienic jest jednak przyjemniej. Choć okazuje się, że od burzliwej przeszłości całkiem uciec się nie da: pośrodku placu stoi barokowa kolumna o złożonej symbolice. To Słup Morowy przedstawiający Trójcę Świętą, mający chronić mieszkańców przed chorobami (w szczególności przed dżumą). Umieszczono na nim również wizerunki świętych: Jana Nepomucena, Franciszka Ksawerego i Karola Boromeusza, zaś trzy anioły symbolizują wiarę, nadzieję i miłość. Tuż obok ustawiono fontannę sławiącą urodę życia – patronuje jej Pomona, rzymska bogini ogrodów i drzew owocowych. Na trzymanej przez nią tarczy można zobaczyć róg obfitości oraz dwa winiarskie noże. Ich obecność jest całkowicie uzasadniona. Tradycje winiarskie regionu mają przecież ponad 1000 lat. Chętnie powtarzane miejscowe powiedzenie głosi, że „kto pije dobre wino, żyje w harmonii z Bogiem i ludźmi” (zaczynam być zagorzałą fanką tego miejsca). To właśnie w Mikulovie wytwarza się cenione wino Svatý Urban. Jego nazwa wiąże się z papieżem Urbanem, który schronił się przed prześladowaniami właśnie w winnicy. Trudno zatem się dziwić, że uważa się go za patrona winiarzy i dobrych win. A te w Mikulovie najlepiej degustować wieczorem na rynku, na którym rozstawionych jest kilkanaście kawiarenek. Miłośnicy lokalnych odmian powinni z kolei udać się na spacer po okolicy – w wielu winnicach można skosztować win wytwarzanych według receptur przekazywanych od pokoleń, takich jak Muškát moravský czy Palava.
Następnego dnia docieram do Koziej Górki, będącej niegdyś częścią żydowskiej dzielnicy. W połowie XIX w. Żydzi stanowili blisko połowę mieszkańców Mikulova: pozostała po nich malownicza synagoga i jeden z największych w Europie Środkowej kirkutów. Stąd także wywodził się rabin Jehuda Löw, który według legendy stworzył praskiego Golema – olbrzyma ulepionego z błota i ożywającego pod wpływem zaklęć. Na szczęście tutaj żaden olbrzym nie straszy, za to na szczycie Koziej Górki jest osobliwa kamienna wieża. Wspinam się na jej szczyt, by zobaczyć panoramę miasteczka. I znów wzrok przyciąga majestatyczny zamek. Jego część udostępniono do zwiedzania, organizując muzeum prezentujące winiarskie tradycje regionu. Pośród zgromadzonych przedmiotów są dawne butelki, prasy do winogron, a także gigantyczna beczka z 1643 r. o pojemności ponad 100 tys. l, w której niegdyś przechowywano trunki dla mniej zasobnych mieszkańców. Ot, taki średniowieczny supermarket z winem.

Lednice: Piękno w najczystszej postaci
Kilkanaście kilometrów od Mikulova wznosi się zamek w Lednicach. Jeszcze kilka lat temu, opleciony rusztowaniami, był jak motyl w kokonie. Warto było jednak czekać na jego odnowienie. Kremowe mury zdobione misternymi ornamentami zachwycają fantazją dawnych twórców. Nawet zwykłe rynny kończą się tu w paszczach gryfów i chartów. Nad jednym z wejść zamyślony anioł trzyma w dłoniach tarcze herbowe – to znak, że trafiłam do siedziby znamienitego rodu.
Historia Lednic ginie wprawdzie w mrokach dziejów, ale dokumenty potwierdzają istnienie tu dworu już w 1222 r. Otrzymał go z rąk króla Czech Wacława I morawski szlachcic Siegfried Sirotek. Rzecz jasna blisko 800 lat temu to miejsce wyglądało zdecydowanie inaczej, a przygraniczna forteca zdecydowanie bardziej potrzebowała fosy niż ozdobnych detali. Wkrótce Lednice przeszły na własność rodu Liechtensteinów (w tym czasie władających już twierdzą w sąsiednim Mikulovie), którzy panowali tu prawie 600 lat. Dopiero II wojna światowa położyła kres ich obecności – w 1945 r. zamek trafił do skarbu państwa, z czasem stając się muzeum.
Wszyscy właściciele rezydencji w Lednicach chcieli zostawić w niej swój ślad, zlecając przebudowy w kolejnych stylach: barokowym, renesansowym i wreszcie modnym w XIX w. neogotyku. Ten ostatni musiał robić wrażenie na współczesnych. Przybywały tu zatem księżniczki i arystokraci o błękitnej krwi, a salon rozbrzmiewał dystyngowanym śmiechem i elegancką konwersacją. Przybyłych witał żyrandol o 116 ramionach (zapalenie w nim świec wymagało wprawnych rąk kilku służących) oraz sala myśliwska z kolekcją orłów morskich.

Komentujesz: Morawski trójkąt

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie