Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?


« Powrót do inspiracji (338)

Witaj w Podróży #42, czerwiec/lipiec 2014

Misja lokalna

O kulinarnych podróżach, odkrywaniu lokalnych smaków i o miłości do jedzenia rozmawiamy z Tomaszem Jakubiakiem, kucharzem i gospodarzem popularnych programów telewizyjnych.

PM: W jakim celu podróżujesz?
TJ: Po Polsce podróżuję w poszukiwaniu produktów regionalnych i wyjątkowych smaków. Taki jest też główny cel programu „Jakubiak lokalnie”. Po świecie podróżuję, by podglądać nowości kulinarne i inne kultury, by uczyć się, w jaki sposób łączy się rozmaite produkty. I żeby tę wiedzę wykorzystać potem w naszej kuchni. Postawiłem sobie bowiem cel, żeby robić polskie dania z elementami innych kuchni. Nieco odmienne, ale wciąż nasze, polskie.

PM:
Czy masz jakieś konkretne kryteria doboru miejsc, ludzi?
TJ: Głównym kryterium jest to, żeby to był po prostu dobry produkt. Staram się docierać zarówno do małych producentów, jak i do dużych wytwórni, o których w Polsce nie słychać. Staram się odnajdywać produkty, które do pewnego stopnia zostały zapomniane. Zachłysnęliśmy się Europą, makaronem, parmezanem czy hiszpańską kuchnią (oczywiście nic jej nie ujmując), a zapomnieliśmy, jakie dobra mieliśmy (i mamy) w swoim kraju: sery, kindziuki, sękacze, ryby słodkowodne. To właśnie staram się odnajdywać i przekazywać później w programie.

PM: Kogo ostatnio odwiedziłeś?
TJ: Byliśmy w Malinowej Zagrodzie, w której powstają, na niewielką skalę, wyśmienite sery, rozprowadzane wyłącznie po restauracjach w tamtym regionie. A są to sery fenomenalne.

PM: W jaki sposób odnajdujesz takie miejsca?
TJ: Oczywiście nie robię tego sam. Są 2–3 osoby, które mi w tym pomagają, nieustannie szukając informacji. A wbrew pozorom nie jest to takie łatwe. Lokalni producenci nie ogłaszają się w internecie. Można dowiedzieć się o nich poprzez pocztę pantoflową, na bazarach czy piknikach regionalnych. I tak ich właśnie odnajdujemy. Teraz np. jadę do pani, która w Bieszczadach przerabia rydze na tysiąc rozmaitych sposobów. Nie ma o niej nigdzie informacji, a okazało się, że np. w swojej wiosce organizuje święto rydzy, na które zjeżdżają ludzie z okolicy i przywożą swoje przetwory. Trafienie na takich ludzi jest bardzo trudne.

PM: Czy lokalni producenci chętnie zapraszają cię do siebie?
TJ: Teraz jest o tyle fajnie, że ludzie wiedzą już, że mam taką specyficzną misję w tym kraju. Program jest znany, ma dużą oglądalność. I producenci sami piszą, żeby przyjechać do nich, bo mają coś ciekawego. Z drugiej strony wiele osób nie chce, żeby nagrywać o nich program. Nie chcą być zauważeni. Zaopatrują kilka okolicznych restauracji, działając na niewielką skalę, i wcale nie potrzebują czegoś więcej. Mnie jednak zależy na tym, żeby pokazywać takich ludzi, a przez to zachęcić innych do podejmowania własnej inicjatywy. To, że ktoś produkuje np. fantastyczne sery pleśniowe, nie oznacza, że nikt inny nie może już tego robić. Trzeba tylko chcieć, przyłożyć się do tego.

PM: W jaki sposób może trafić do takich miejsc ktoś, kto chciałby ruszyć twoim śladem?
TJ: Najlepszym przewodnikiem i źródłem informacji o produktach i producentach lokalnych jest oczywiście nasz program. W każdym odcinku pokazujemy, gdzie jesteśmy i kto nas gości. Pokazujemy adres i logo producenta, żeby łatwo było trafić na miejsce.

PM: Czy te miejsca chętnie goszczą zwykłych turystów? Czy to jednak kamera otwiera zazwyczaj zamknięte drzwi?
TJ: Często jest właśnie odwrotnie – bywa, że kamera i cała ekipa nie są wcale mile widziani. Niektórzy nie chcą nas zapraszać, boją się wystąpić przed kamerą. Dlatego całkowicie prywatnej osobie może być łatwiej podjechać do takiego miejsca i je odwiedzić.

PM: Jak byś ocenił zmiany, które dzieją się w ostatnich latach w polskiej gastroturystyce?
TJ: Dużo się zmienia, ale do poziomu europejskiego jeszcze nam daleko. Większość barów czy knajp przy drogach i ruchliwych trasach oferuje dokładnie takie samo jedzenie. Nie odnajdziemy w nim nic wyjątkowego. Brakuje miejsc z lokalnym, regionalnym jedzeniem, które byłoby siłą i przyciągało gości. I w których byłoby po prostu bardzo smacznie.

PM: Ostatnie lata to jednak prawdziwy boom na kucharzy-celebrytów, na zdrowe jedzenie i gotowanie. To chyba napędza te zmiany?
TJ: Owszem, ale wydaje mi się, że wciąż dotyczy to głównie dużych miast. Odwiedzanie restauracji i szukanie miejsc, które oferują coś wyjątkowego, jest charakterystyczne dla kilku miast w Polsce. W nich też głównie odbywają się rozmaite imprezy kulinarne i festiwale. Na pewno jednak rośnie świadomość. I to bardzo. Ludzie zwracają uwagę na to, co kupują i gdzie kupują. Do łask wracają bazary i niewielkie sklepy. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się też produkty marek własnych. Ludzie szukają oryginalności i jakości. Zaczął się w nas budzić lokalny patriotyzm. Zaczynamy doceniać i szanować to, co mamy. I myśleć o tym.

PM: Co, oprócz materiału do programu, przywozisz ze swoich podróży? Czy wracasz potem w codziennej praktyce kucharskiej do produktów, które pojawiały się w programie?
TJ: Bardzo często. Kiedy robię warsztaty czy organizuję pokazy, wracam do poznanych producentów i zamawiam u nich konkretne produkty. Staram się też w miarę możliwości podrzucać je do innych restauracji, z którymi współpracuję.

PM: Które z nich najbardziej zapadły ci w pamięć?
TJ: Ciężko wyróżnić jednego producenta. Na pewno niezmiennie powalają mnie na kolana polskie sery, które są po prostu obłędne. Mamy też doskonałe wędliny: kindziuk czy kumpiak. Gdy tego drugiego dałem do spróbowania Włochom, twierdzili, że to szynka parmeńska. I to najlepszego gatunku. Byli zaskoczeni, gdy dowiedzieli się, że to polska wędlina, dojrzewająca gdzieś na Suwalszczyźnie. Pamiętam też miejsce na Kurpiach, w którym jadłem najlepsze kiszonki w swoim życiu. Niby zwykłe ogórki, kapusta, a byłem w szoku, jak mogą smakować, jeśli zrobi się je odpowiednią metodą i jeśli przykłada się do produkcji największą staranność. Poznałem też jednego producenta win, który robi świetne trunki. Długo mógłbym wymieniać, bo wśród miejsc przez nas odwiedzanych nie ma produktów gorszych. Wszystkie są „wow”.

PM: A może było takie miejsce, które cię zaskoczyło?
TJ: Duże wrażenie zrobił na mnie producent kawioru spod Konina. Od 10 lat ma hodowlę jesiotra syberyjskiego i jest jednym z trzech największych hodowców tej ryby w Europie. Jego kawior jest fantastyczny i zdobywa mnóstwo nagród na całym świecie. Zjadłem trzy pudełka – mimo że za kawiorem nie przepadam. Potem oczywiście stanął mi on w gardle, bo dowiedziałem się, że zjadłem jakieś 1000 zł – nad stawem, łyżką z pudełka, zagryzając chałką, w 10 min.

Komentujesz: Misja lokalna

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Fotogaleria: Galeria artykułu



Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie