Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?


« Powrót do inspiracji (227)


Wzgórze Marysi, czyli dlaczego kobyłka u płota


Ciekawe, gdzie była ta kobyłka – Mąż z Żoną stali na niewielkim pagórku, lekko górującym nad okolicą o francuskiej niegdyś nazwie Marie Mount. – A o jakiej to znowu szkapie myślisz? – ofuknęła go Żona. – To nie żadna zwykła szkapa. Nawet król Jan III Sobieski interesował się jej zadkiem – odpalił Mąż

Miejsce nie było zbyt atrakcyjne – nieco schowane między parkami, osiedlami i uliczkami. Z jednej strony drzewa, z drugiej ceglany mur, a naprzeciwko kościół o białych ścianach i architekturze przypominającej ubogi barok z elementami zaczerpniętymi z klasycyzmu.

Jednak to niepozorne miejsce wywołało kiedyś prawdziwy zachwyt. „Quel joli bord!” („Jaki piękny brzeg!”) – miała zakrzyknąć królowa Marysieńka, przyglądając się pobliskiemu brzegowi Wisły. Słysząc to, król Jan Sobieski musiał się tylko uśmiechnąć pod wąsem. Serce cieszyło mu się na myśl o wybudowaniu tu pałacyku letniego – podarku dla żony. A siebie widział już na łowach w okolicznych borach – tak gęstych, że każdemu myśliwemu musiały się oczy zaświecić.

Los wzgórza, które później od imienia francuskiej królowej zwano Marymontem, był przesądzony (od jej okrzyku zaś wzięła ponoć swą nazwę cała dzielnica Warszawy, Żoliborzem zwana). No i tak powstał pałacyk, w którym ukochana Marysieńka zażywała odpoczynku, a jej mąż uganiał się za lisami, łosiem i inną zwierzyną.

Choć, jak powiada historia, pewnego razu to król Jan w pobliskich lasach był jako ta zwierzyna. Zdybać próbował go pewien szlachcic, by mu wójtostwo przypisał po ojcu. Szwendał się ów szlachciura po lasach, próbując do pałacyku trafić, aż natknął się na jeźdźca.

– Czego szukasz? – pyta tajemniczy jeździec.
– Króla chcę spotkać – odpowiada szlachciura.
– Będziesz miał u króla widzenie – rzekł tamten.
Szlachcic okiem jeźdźca zmierzył, ale ocena nie wypadła najlepiej, zaśmiał się bowiem:
– Akurat, prędzej kobyłkę pod ogonem pocałuję.

Jednak na wszelki wypadek do pałacyku nazajutrz podjechał. Jakież było jego zdziwienie, gdy nie tylko na audiencję się dostał, lecz także znajomego jeźdźca na tronie ujrzał. Zmieszany na kolana się rzucił, tłumaczyć coś próbował. Ale wyjścia nie było.

– Słowo się rzekło, kobyłka u płota – rzekł.

Wróćmy jednak do naszego pałacyku. Hojnie używali go także dwaj Augustowie, kolejni jego właściciele. A to winnice kazali posadzić, by imprezy z okazji winobrania robić. A to trupy teatralne ściągali. W puszczy marymonckiej ostatnie swe spacery odbywały zaś zwiezione z całej Rzeczypospolitej żubry, niedźwiedzie, jelenie i dziki. Wszystkie konsekwentnie przerabiane na pieczenie i pasztety, które trafiały na królewskie stoły.

– Kurczę, szans nie ma, by się dowiedzieć, gdzie kobyłka stała – rzucił Mąż na odchodnym.

– To nic w porównaniu z pytaniem, gdzie tu piękny brzeg, nie mówiąc już o jakimkolwiek brzegu – zauważyła Żona.
PS Brzegu tu dawno nie ma, bo Wisła odsunęła się od wzgórza, a do tego ludzie pobudowali między jednym a drugim dużo, zwykle brzydkich, budynków.

 

Tekst: Łukasz i Olga Starowieyscy


Komentujesz: Mąż i żona: Wzgórze Marysi, czyli dlaczego kobyłka u płota

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Fotogaleria: Galeria artykułu



Tagi: mąż i żona


Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie