Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?


« Powrót do inspiracji (227)


Wielki trawnik, czyli pradolina warszawsko-berlińska


Mąż rzucił się na zieloną łąkę i zanurzył w trawie. Żona tylko westchnęła, myśląc o zielonych plamach na spodniach, którymi odgryza się zaatakowany trawnik. Nie był to jednak trawnik byle jaki, tylko najdłuższy w Europie, ciągnący się wielką doliną z Warszawy do Berlina. A dokładnie rzecz biorąc – pradoliną


Mąż z Żoną mogli obserwować tylko jej drobny wycinek, przy niepozornej drodze z Łowicza do Piątku, zwany Równiną Łowicko-Błońską. Żona, która przyjęła pozycję wertykalną – wycinek nieco większy, Mąż natomiast, który zdecydował się na horyzontalne położenie – znacząco mniejszy, ograniczony do najbliższych łodyg i kilku krzaków.


Mniej więcej tą właśnie trasą niesławnego i wówczas nieprzytomnego Kmicica targał wierny wachmistrz Soroka. „A dokąd jedziecie? – pytał Józwa. – Do Soboty – odparł stary Kiemlicz. – Gdzie to jest? – Niedaleko Piątku”.


Mąż już od dawna marudził, by się tu zatrzymać. Dotąd jednak obowiązki małżeńsko-rodzinne oraz wrodzone lenistwo zwyciężały. Teraz wreszcie przystanęli na jednej z największych, oczyszczonych z pagórków, przestrzeni o długości 500 i szerokości 20 kilometrów.


– Co się tak krzywisz? Boli Cię coś? – zapytała Żona. Mąż rzeczywiście kilka chwil temu zamarł, a na jego twarzy pokazał się wyraz udręki. – Liczę – mruknął boleśnie. Po chwili jednak twarz mu się rozjaśniła. – Jakby podzielić to na piłkarskie boiska, byłby ich milion.


A boiska, jak okiem sięgnąć, dałoby się spokojnie stawiać. Pradolina jest wielką – jak nazywają ją mądrzy ludzie – wklęsłą formą terenu. Powstała jakieś 100 tysięcy lat temu, gdy wielkie góry lodowe postanowiły migrować na północ z powodu niewygodnego dla nich skwaru.


Lodowce migrowały dość wolno, pocąc się przy tym obficie. Pot w postaci wielkich rzek spływał w dolinę. Strugi, by móc nabrać północnego kierunku, odpowiedniego dla rzek w tych rejonach, swoich stwórców musiały omijać. Chyba były złe na góry, bo sprzątnęły po drodze wszystkich ich mniejszych kuzynów. Teraz po wielkich górach, jak i niewiele mniejszych rzekach, pozostały już tylko niewyraźne wspomnienia, jak cieknące doliną Bzura czy Warta.


Ale nie tylko historia i geologia tłumaczyła tarzanie się w trawie. Mąż nawet nie wiedział, zanurzając się lekko i delikatnie w wilgotnym trawniku, że na jego usprawiedliwienie działa także geometria. Przypadkowo leżał bowiem w bardzo nieprzypadkowym fragmencie płaszczyzny. – Wiesz, gdzie się wylegujesz? – zagadnęła Żona, wyczyściwszy głowę z „pralkopodobnych” myśli. – Jesteśmy w samym środku Polski, no, trochę obok, bo ten – mówią – leży w Piątku. Tam jest jej geometryczny środek – wyjaśniła.


Geometria Mężowi nie była obca. Była zupełnie obca. Ale wiedza, że leży w samym środku, jakikolwiek ten środek by był, napełniła go prawdziwą dumą.


No i sprawdził się czarny scenariusz Żony. Zielone plamy zaprzyjaźniły się z garderobą męża i – jak się okazało – przyjaźń ta pozostawiła niezatarte ślady.


Tekst: Łukasz i Olga Starowieyscy


Komentujesz: Mąż i żona: Wielki trawnik, czyli pradolina warszawsko-berlińska

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Fotogaleria: Galeria artykułu



Tagi: warta, mąż i żona, bzura


Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


  • Mika270779

    Czego to się człowiek o świecie nie dowie :) Z internetu na dodatek :)

    Mika270779

Zgłoś nadużycie

Skomentuj artykuł