Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?

 

« Powrót do inspiracji (233)

Witaj w Podróży nr 34, luty/marzec 2013

Kuba – wyspa gorąca


Kuba to Hawana, 50-letnie oldtimery, rajskie plaże, szafirowe morza i popadająca w ruinę kolonialna architektura. Kuba to salsa, rum i cygara, Trinidad i Buena Vista Social Club, Hemingway, Fidel i Che, a nade wszystko gorącokrwiści wyspiarze. Orgia kształtów, zapachów, rytmów i kolorów. Tropikalna mieszanka tradycji, rewolucji i niespełnionych marzeń.

Tekst Katarzyna Sołtyk

Jaki piękny kwiat – usłyszałam kiedyś od przypadkowego kubańskiego przechodnia. – Rzeczywiście ładny – przytaknęłam, patrząc na gardenię, którą trzymałam w dłoni. – Ale ja mówiłem o tobie – dodał Kubańczyk. Cóż że kłamstwo? Ale jakie piękne!

Oprócz plaż i zabytków to właśnie wyjątkowo otwarci i przyjaźni ludzie, niezwykła atmosfera oraz wszechobecna muzyka przyciągają na Kubę każdego roku miliony turystów. Kubańczycy swoją pasją i radością życia potrafią zarazić największego nudziarza i malkontenta. A ja, podobnie jak wielu innych turystów, chciałam dodatkowo zarazić się talentem tanecznym.

Babskie podróżowanie
Biała Europejka wzbudza ogromne zainteresowanie wśród gorącokrwistych wyspiarzy. A blondynka to szczególnie smakowity kąsek. – Que linda! – słyszałyśmy wielokrotnie na ulicach (tak się złożyło, że moje podróże po Kubie zawsze odbywałam w żeńskim gronie). Wołali mężczyźni i kobiety, mali chłopcy, duzi młodzieńcy i energiczni staruszkowie. Jeśli nawiążesz rozmowę, w pierwszym zdaniu dowiadujesz się, jaka jesteś piękna. W drugim – że on całe życie marzył o takiej kobiecie. A w trzecim zostajesz już narzeczoną. Oczywiście najlepiej byłoby umowę przypieczętować pocałunkiem, ale w tej kwestii Twój świeżo upieczony wybranek (albo raczej wyborca, bo to przecież on wybrał Ciebie) zostawia Ci swobodę. W końcu... nie ma pośpiechu.

Tym sposobem w każdej miejscowości miałyśmy co najmniej jednego „narzeczonego”. Kelner Orlexy w Camagüey, 20-letni Daírom na plaży Siboney czy Luis, nauczyciel tańca w La Boca. Śniady gitarzysta w Santiago de Cuba, czarny piosenkarz rodem z Jamajki w Viñales i biały, niebieskooki blondyn, instruktor nurkowania w Santa Lucía. Prawdziwa klęska urodzaju. Byli wśród nich zwykli jineteros oferujący swoje towarzystwo za wikt i opierunek, byli łowcy zagranicznych papierów gotowi związać się „aż do śmierci” (albo przynajmniej do wspólnego wyjazdu z wyspy), ale byli też prawdziwi wielbiciele kobiecych wdzięków. Na pierwszy rzut oka niełatwo było ich rozróżnić – wszyscy jednakowo otwarci i szarmanccy. Zaczepki kończyły się przeważnie na ulicznych flirtach lub krótkich lekcjach salsy, ale obu stronom sprawiały taką samą przyjemność.

I tylko policja okazywała się niewzruszona i nieczuła na kobiece wdzięki. Raz, kiedy chciałyśmy bez przepustki dostać się do Guantánamo. I potem, kiedy opierałyśmy się funkcjonariuszowi, który postanowił zabrać nas na komendę za jawną niechęć do zapłacenia mandatu (czytaj: łapówki) za wyimaginowane wykroczenie. Oba przypadki miały jednak miejsce nocą i tylko w tym upatrywałam przyczynę obniżonej skuteczności uwodzicielskiego kobiecego spojrzenia.

Z muzyką w genach
Kubańska muzyka i taniec dają poczucie wolności, wyzwalają niewiarygodne emocje, usuwają bariery i dodają pozytywnej energii. Zamieniają szarą rzeczywistość w świat pełen radości i uśmiechu. Pobudzają ciała i dusze. To dzięki nim mieszkańcy wyspy zapominają o trudach codzienności, komunistycznym systemie, licznych ograniczeniach i braku pieniędzy. Na Kubie tańczy każdy, zawsze i wszędzie. Nieważny wiek, kolor skóry, uroda czy pochodzenie. Na imprezach nikt nie podpiera ścian, nie zastanawia się, jak będzie wyglądał i czy wypada. Liczą się tylko muzyka i taniec. Wszystko jedno jakie... Salsa, timba, mambo, rumba, cza-cza, son, danzón, bolero, guajira, reggaeton czy rap. Nie ma znaczenia. Kubańskie ulice rozbrzmiewają uwodzicielskimi rytmami, połączeniem muzyki hiszpańskiej i afrykańskiej.

Kiedy niedawno w Warszawie występowała Orquesta Buena Vista Social Club, poszłam na koncert, by przypomnieć sobie te porywające rytmy i klimaty oraz naładować baterie przed długą polską zimą. Byłam świadkiem, jak 80-letni muzycy podrywają do tańca nieco sztywną i skrępowaną publiczność Sali Kongresowej. Nic dziwnego, energii, seksapilu, a przede wszystkim pasji i radości z muzykowania tym staruszkom mógłby pozazdrościć niejeden polski młodzieniaszek.

Wystarczyło, że rozbrzmiał głęboki głos 82-letniej gwiazdy Omary Portuondo, z niezwykłą wirtuozerią odezwały się trąbka Manuela „Guajiro” Mirabala, puzon Jesusa „Aguaje” Ramosa czy gitara Manuela Galbána, a stojące w równych rzędach fotele przestały być potrzebne. Wszak to największe legendy kubańskiej muzyki, członkowie rozsławionego w latach 90. zespołu Buena Vista Social Club kultywującego tradycje hawańskiego klubu o tej samej nazwie, który w latach 40. ubiegłego wieku istniał w Hawanie. Orkiestrę uzupełniają młodzi muzycy, jak doskonały pianista Rolandinho Luna czy wokalista Carlos Calunga. Koncert okazał się prawdziwą muzyczną ucztą. Artyści bez wyszukanej scenografii czy wytrenowanej choreografii wyśpiewali to, co im w duszy grało. Kiedy grali największe przeboje – „Chan chan” i „Dos Gardenias” – cała sala śpiewała z nimi, a mnie przed oczami stanęła hawańska ulica.

Salsa i „Guantanamera”
Przed domami na fotelach bujali się uśmiechnięci staruszkowie z cygarami w zębach, przy stolikach mężczyźni siedzieli nad dominem, tuż obok dzieci grały w bejsbol, a sąsiadki wieszały pranie. Z okien dobiegała muzyka. Ktoś z nudów zanucił jakąś melodię, ktoś inny zaczął tańczyć, reszta dorzuciła kilka spontanicznych okrzyków i zaczynała się uliczna fiesta. Do tego wystarczą przecież dwie dłonie i jakiś taboret zamiast bębna. Po chwili znalazła się też gitara i już tańczyła cała ulica. Pod ścianą siedziała tęga kobieta. Wyglądała, jakby nie była w stanie się poruszać, ale kiedy zakołysała biodrami w rytm muzyki, oniemiałam z zazdrości. Gdy w okolicy pojawiło się więcej turystów, współczesne hity ustąpiły miejsca kultowemu „Hasta Siempre” (pieśń ku czci wielkiego Che) i słynnej „Guantanamerze”, a na brukowanej ulicy wylądował kapelusz.

Kubańczycy muzykę i taniec mają we krwi, ale też w biodrach, sercach i duszach. Jakby nic innego w życiu nie robili. Widać to na roztańczonym wieczorami hawańskim bulwarze Malecón czy na rozgrzanych słońcem ulicach miast, w nocnych klubach i domach muzyki, do których tłumnie zjeżdżają turyści, by posłuchać tradycyjnej muzyki son i nauczyć się tańczyć. Jeden z najlepszych, Casa de la Trova Patricio Ballagas, znajduje się w Camagüey. Wśród publiczności jest równie dużo turystów co Kubańczyków. To ci ostatni od pierwszych taktów muzyki podgrzewają atmosferę wieczoru. Turyści próbują im dorównać, ale potrzebują co najmniej dwóch kolejek cuba libre, żeby odważyć się wyjść na parkiet. I choć przy roztańczonych Kubańczykach wyglądają niczym niezgrabne, podrygujące kukiełki, z pewnością nigdy nie zapomną tego wieczoru.


Viva Havana!

Hawana jest zachwycająca, zmysłowa i potwornie zniszczona przez wiatr, sól, czas i socjalizm. Obecnie, po ponad pół wieku zaniedbań, z wolna odzyskuje swój dawny blask.

Moja przygoda z Kubą zaczęła się na bulwarze Malecón w Hawanie. Po morzu biegały białe grzywacze, a stare krążowniki szos przemykały pomiędzy kolejnymi falami słonej wody. „Samochodowy surfing” – pomyślałam, przyglądając się, jak woda rozbryzguje się o nabrzeże i przelewa przez mur oddzielający promenadę od morza, by zalać wąski chodnik, szeroką jezdnię, przechodniów i przejeżdżające auta.
Sól morska jest zabójcza dla wszelkich dzieł rąk ludzkich, niszczy wiekową karoserię pojazdów i zabytkową architekturę. W tropikach miasta buduje się łatwo, znacznie trudniej utrzymać je przy życiu. Na otoczonych oceanem tropikalnych wyspach jest jeszcze gorzej. Nie inaczej jest w przypadku stolicy Kuby – natura nie ma żadnego respektu dla kolonialnej spuścizny Hawany.

Nowe Stare Miasto
Najlepiej widać to na bulwarze Malecón oraz w centrum. Obdrapane mury, walące się kolumny, ziejące pustką otwory okien dawnych, luksusowych hoteli – trudno oprzeć się wrażeniu, że z takiej ruiny nie sposób się podźwignąć. Jednak spacer po odnowionej części Starej Hawany (La Habana Vieja) przywraca wiarę w przyszłość miasta. Najstarsza część stolicy zbudowana jest według dawnych przepisów regulujących wygląd miast hiszpańskich, zgodnie z którymi każdy z czterech kwartałów musiał mieć własny plac, koniecznie z kościołem. Dawniej place służyły jako targ niewolników, miejsce parad i fiest. Przy najsłynniejszym, choć najmłodszym, stoi katedra San Cristóbal poświęcona Kolumbowi. Najstarszy, Plaza de Armas, stworzony w 1519 r., otoczony jest zachwycającymi budowlami: Palacio de los Capitanes Generales (siedziba gubernatorów), Palacio del Segundo Cabo (Pałac Poruczników) oraz zameczkiem Castillo de la Real Fuerza. Z kolei ozdobą dzielnicy i Parku de la Fraternidad jest okazały budynek El Capitolio, do złudzenia przypominający waszyngtoński Kapitol, a także monumentalny Gran Teatro, bogato zdobiony i mieszczący kilka sal teatralnych.

Zabytki Starej Hawany, kolonialnego serca stolicy, w 1982 r. zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, co w dużym stopniu pomogło uratować upadające miasto. Dzisiaj dzielnica odżywa i odzyskuje dawny blask. Powoli dołączają do niej też główna aleja Paseo del Prado oraz jeden z najpiękniejszych bulwarów świata – 8-kilometrowy Malecón. Oddzielający go od morza mur jest wielofunkcyjny. Służy mieszkańcom jako knajpa, dyskoteka, miejsce spotkań towarzyskich i biznesowych oraz romantycznych schadzek.

Architektoniczna perła Karaibów
W Hawanie najbardziej fascynujące jest to, że architektoniczne perły z XVI–XX w. sąsiadują z topornymi maszkarami ery socjalizmu, a świeżo odnowione, olśniewające rezydencje kolonialne stoją obok ruder, które sprawiają wrażenie, jakby za chwilę miały się rozpaść. Główne, reprezentacyjne szlaki turystyczne wiodą zaś tuż obok kamienic mieszkalnych, co pozwala na poznanie życia codziennego hawańczyków – zwłaszcza że ci ostatni chętnie na to przystają. Szczególnie gwarne jest Centro Habana, czyli śródmieście, zatłoczone i tętniące życiem dzięki licznym targowiskom i barwnemu Chinatown.

Zupełnie odmienny charakter ma Vedado, dzielnica wybudowana na wzór amerykańskiego Miami, z szerokimi alejami, wielkimi posiadłościami, luksusowymi hotelami i ekskluzywnymi sklepami. Tutaj nawet cmentarz jest wytworny, ogromny i wywołuje na turystach niesamowite wrażenie. Cementerio de Cristóbal Colón (Krzysztofa Kolumba), bo o nim mowa, uchodzi za jeden z największych cmentarzy na świecie, a dzięki bogato zdobionym nagrobkom wygląda jak prawdziwe miniaturowe miasteczko. Stąd już niedaleko do słynnego placu Rewolucji (Plaza de la Revolución), na którym Fidel Castro wygłaszał swoje wielogodzinne, kwieciste przemówienia. Wzgórze zwieńczone jest ogromnym pomnikiem kubańskiego pisarza i ojca ruchu niepodległościowego – José Martí.

Reprezentacyjna dzielnica Miramar z kolei zdominowana jest przez rządowe instytucje i zachodnie placówki. Mimo że nie ma tu zbyt wielu atrakcji turystycznych, z pewnością warta jest odwiedzenia. Turyści najczęściej zaglądają tu po drodze do Tropicany – jednego z najsłynniejszych kabaretów świata. To jedyny symbol przedrewolucyjnej Kuby, któremu dane było przetrwać. I choć bilety są dosyć drogie (81–104 euro), zazwyczaj przed samym występem już ich brakuje, dlatego warto rezerwować miejsca wcześniej.

Obok Tropicany obowiązkowym punktem programu turystów, nawet tych niepalących, jest zwiedzanie jednej z fabryk cygar. Trzy najważniejsze w Hawanie to: Partagás, La Corona i Romeo y Julieta. W każdej można zobaczyć, jak wygląda proces produkcyjny (cygara wyrabiane są ręcznie), spróbować różnych gatunków cygar oraz zrobić zakupy w przyzakładowym sklepie. A potem ruszyć dalej w miasto, by zachwycać się jego urokiem.


Komentujesz: Kuba - wyspa gorąca

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Tagi: kuba


Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie