Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?


« Powrót do inspiracji (227)

Agnieszka Rodowicz

Górale liczą się z owcami

Trzy razy do roku w Beskidzie Śląskim pasterze mają swoje święto. Jedno z nich to jesienny łosod – zejście owiec z hal.

Do Koniakowa, wsi położonej kilkanaście kilometrów od Wisły, wybrałam się szukać beskidzkich tradycji. Ale nawet nie marzyłam, że będzie mi dane wziąć udział w pasterskich obrzędach. Bo z czego słynie Koniaków? Wiadomo, z koronek. Szyld z napisem anonsującym „heklowane” wyroby wisi niemal na każdym domu. Wędrując między drewnianymi zabudowaniami Koniakowa, natrafiam jednak na przyklejone do płotu całkiem inne ogłoszenie.

Od szałaśnika po hulajnika

„Łosod łowiec” – czytam w nagłówku. A dalej informacja, że uroczystość zejścia owiec z hal odbędzie się w niedzielę. Mam szczęście. Niedziela jest jutro. Notuję więc skrzętnie godzinę rozpoczęcia imprezy i wędruję dalej w górę wsi. Pod numerem 33 mieszka Piotr Kohut. Sześć lat temu postanowił zająć się wypasem owiec. Dawniej wszystkie okoliczne wsie, a nawet Wisła, były ośrodkami pasterstwa. A wszystko to dzięki koczowniczym Wołochom, którzy, wędrując grzbietem Karpat, przynieśli ze sobą do Beskidu Śląskiego zwyczaj ozdabiania ubrań haftem krzyżykowym i tradycję wypasu owiec. Miejscowa ludność przejęła ich zwyczaje i puchate owieczki na kilkaset lat zajęły ważne miejsce w gospodarce i kulturze tych terenów. Mówiono wtedy: „Kto ma owce, ten ma co chce”. Śląscy górale przejęli także od Wołochów system gospodarki zwanej szałaśniczo-pasterskim. Kilku właścicieli owiec tworzyło spółkę, na której czele stawał wybierany demokratycznie szałaśnik. To do niego należało podejmowanie najważniejszych decyzji dotyczących gospodarowania owcami: kiedy wyjadą na hale i w jakim terminie z nich wrócą. Pod sobą miał bacę, który zajmował się produkcją sera. Baca grał też na pasterskich instrumentach: rogach, trombitach i fujarkach. Kolejny w hierarchii był owczor, który doglądał owiec, doił je i w razie potrzeby leczył. Pomagał mu w tym hulajnik. Młode owce z kolei pasł jałowior. Z dziennego udoju robiono bundz (biały ser), dodając do mleka podpuszczkę zwaną klagiem. Pod jego wpływem mleko ścinało się. Takie mleko nazywano „sklaganym”. Oprócz bundzu produkowano z niego również oscypki i redykołki (czyli oscypki w wersji mini). Po produkcji serów zostawała orzeźwiająca żentyca – serwatka. Niestety, od początku XIX wieku tradcyja pasterska zaczęła przegrywać z przemysłem. Dla jego potrzeb zaczęto masowo sadzić w okolicach Wisły świerki. Zniknęły pastwiska, a wraz z nimi owce.

Patron pasterzy

Na szczęście nie był to koniec kultury pasterskiej. Od kilku lat coraz częściej można na tutejszych pagórkach obserwować owieczki skubiące trawę. Zapaleńcy z okolic Wisły wracają do tradcyji swoich dziadów. Jednym z nich jest właśnie Piotr Kohut. Dzisiaj ma pokaźne stado, a przed bacówkę, w której można kupić wyroby z owczego mleka, wciąż podjeżdżają samochody i autokary z turystami żądnymi owczych przysmaków. Gazda z Koniakowa utrzymuje z tej działalności rodzinę, ale dla większości tutejszych gospodarzy owce to na razie hobby. I wielka atrakcja dla turystów. Dlatego Kohut i inni gazdowie z Beskidzkiej Trójwsi (w której skład wchodzą Koniaków, Istebna i Jaworzynka) nie tylko założyli szałaśniczą spółkę, wypasają owce, produkują prawdziwe, czysto owcze oscypki, lecz także organizują pasterskie święta. Chcą pokazywać publiczności kulturę, która o mały włos odeszłaby w zapomnienie. Jej elementem jest właśnie łosod – sprowadzenie owiec z pastwisk. W czasie tej imprezy ubrani po góralsku właściciele owiec, bacowie i juhasi pokazują publiczności, jakie rytuały towarzyszyły odbiorowi owiec po całym lecie spędzonym na halach.

Rytuał łosodu czy – inaczej – rozchodu łowiec powinien odbywać się w dzień świętego Michała. Ale ponieważ święto to, obchodzone 29 września, wypada w różne dni tygodnia, a impreza przeznaczona jest także dla licznych gości i turystów, organizuje się ją w Koniakowie w weekend pod koniec września lub na początku października. Święto świętem, ale jeśli pogoda pozwoli, owce zostaną na halach do pierwszych przymrozków. Dłużej nie, bo jak mówi inne przysłowie: „Kto po świętym Michale pasie, wiosny nie doczeka się”.

Kolorowe czasze nad Ochodzitą

Imprezę odbywającą się na Ochodzitej – górze wznoszącej się nad Koniakowem na 895 metrów – przygotowuje Oddział Górali Śląskich Związku Podhalan, którego prezesem jest właśnie Piotr Kohut. Z roku na rok jest obchodzona coraz huczniej. W sobotę były wykłady na temat pasterstwa. W niedzielę początkiem uroczystości jest msza święta w liczącym ponad sto lat kościele w Koniakowie. Przybywają na nią nie tylko gospodarze z Koniakowa, lecz także zaprzyjaźnieni gazdowie z Podhala, Beskidu Żywieckiego, Czech i Słowacji. Całe rodziny ubrane są w tradycyjne stroje górali: żywieckich, śląskich, z Zaolzia.
Po mszy korowód kolorowo ubranych ludzi, furkoczących na wietrze spódnic i czerwonych bruclików (czyli kamizelek męskich) wędruje drogą przez wieś, a potem wspina się na Ochodzitą. Według legendy kopulasta, bezleśna góra była wykorzystywana przez miejscowych zbójników jako świetny punkt obserwacyjny. Dzisiaj korzystają z niej turyści, bo z porośniętej łąkami Ochodzitej roztacza się jedna z piękniejszych panoram Beskidów Zachodnich.
Na Ochodzitą nie prowadzi żaden szlak, można wejść na nią przez łąki: dłuższą, ale łagodniejszą drogą od południowego wschodu albo północno-zachodnim, bardziej stromym zboczem góry, wzdłuż wyciągu narciarskiego. Wchodząc właśnie tędy, spotykam muzykantów. Ubrani w czarne spodnie, kapelusze, kamizelki i białe koszule pocą się, targając pod górę akordeon i bęben. Po drodze odpoczywają kilka razy, bo mimo że Ochodzita niewysoka, upał tej wrześniowej niedzieli daje się we znaki. Kiedy dochodzę na górę, tuż nad moją głową przelatuje podwieszony pod kolorowe skrzydło paralotniarz. Kolorowe czasze paraglajdów wyglądają bajkowo na granatowym niebie. W przejrzystym powietrzu widać nawet rysujące się w oddali Tatry.

Zakopana w Beskidach

Na szczycie Ochodzitej jest już sporo ludzi. Góralskie rodziny, ich przyjaciele, turyści. Wszyscy gromadzą się wokół drewnianej zagrody, w której na razie jest pusto. Ale właśnie główny organizator imprezy, baca Piotr Kohut, prowadzi dróżką stado owiec. Towarzyszy mu dwóch juhasów i dwa psy. Mężczyźni z pomocą owczarków zapędzają owce do zagrody. Zwierzęta zbierają sie w jednym z jej krańców, przywierając jedno do drugiego. Wystarczy, by jedna oderwała się od stada, żeby pozostałe podążyły za nią. Widać jak na dłoni, co to znaczy owczy pęd.
Baca wita się z publicznością, właścicielami owiec i prowadzącym imprezę Józefem Michałkiem – gazdą z Istebnej. Potem wspólnie z juhasami liczą owce, ich liczbę zaznaczając nacięciami na pieńku, oraz sprawdzają, które są chore. Te są przeznaczane na mięso. Zdrowe natomiast będą czekać w gospodarstwach na kolejną wiosnę. Piotr Kohut z gazdami, których owce wypasał przez kilka miesięcy, szacuje zyski i podlicza straty. W tym roku ich wspólne stado liczyło 600 sztuk.
Teraz baca wraz z pomocnikami częstuje publiczność kawałkami świeżutkiego oscypka, a Michałek nalewa chętnym po kieliszku zakopanej. To rodzaj śliwowicy, którą dawniej wychodzący na hale bacowie zakopywali w ziemi. Wódka dojrzewała w niej przez cały sezon, a po powrocie z hal była uroczyście odkopywana. Józef Michałek tłumaczy też, jak wyglądało dawniej życie pasterzy, jak działały spółki szałaśnicze, opowiada góralskie legendy.
Czas na występ zespołu Wałasi. Tradycyjna beskidzka kapela z Istebnej gra od ponad 20 lat na gajdach i skrzypcach tradycyjne pasterskie nuty. Rzewne i piękne są te pieśni. Po koncercie goście zaproszeni zostają do ogniska. Tam, w miedzianym kociołku, bulgocze gulasz z baraniny. Para młodych ludzi w góralskich strojach rozdaje chętnym gorącą potrawę razem z grubą pajdą chleba.

Śląskie przyśpiewki, owcze przysmaki

Rozleniwieni posiłkiem ludzie siadają lub kładą się na trawie, łapią ostatnie promienie słońca, drzemią. Ja też leżę na łące wpatrzona w perfekcyjne cumulusy, które przypominają beczące tuż obok baranki. Mogłabym tak wygrzewać się w jesiennym słońcu jeszcze długo, ale oto ostatni punkt programu. Skoczne dźwięki poznanych podczas wspólnego wdrapywania się na Ochodzitą muzyków podrywają wszystkich na równe nogi. To grają Ćwieklice z okolic Pszczyny. Pięciu mężczyzn gra na trąbce, bębnie, klarnetach i akordeonie skoczne, porywające do tańca melodie. Zgromadzeni wokół turyści i miejscowi włączają się, nucąc pszczyńskie melodie, i podrygują w ich rytm.
Muszę niestety się żegnać. Za dwie godziny mam pociąg, a w planach jeszcze wizytę w Kolybie Na Szańcach w Koniakowie. W wypełnionej pachnącym dymem bacówce Piotra Kohuta przyglądam się wędzącym się u sufitu ręcznie formowanym oscypkom. Prawdziwy oscypek jest duży, ma 20–30 centymetrów długości, kształt wrzeciona i jest zdobiony we wzory. Każdy baca ma swój wzór, swoją formę, po której można rozpoznać, od kogo pochodzi ser. Próbuję kawałka bundzu, wypijam szklankę orzeźwiającej żentycy. Kupuję dwa pudełeczka leżakowanej, solonej bryndzy i kilka redykołków. Wędziły się nad tlącym ogniskiem przez trzy dni. W bacówce można też kupić mięso jagnięce i baranie, a w sklepiku obok – wełnę, skóry, swetry i skarpety z owczej włóczki i wiele innych pamiątek.
Już w pekaesie do Wisły myślę, że muszę tu znowu przyjechać. Najchętniej na następne pasterskie święto. Może na wiosnę, kiedy odbędzie się redyk, zwany tu miyszaniem owiec, czyli święto wyjścia zwierząt na hale.

::INFO

Do Koniakowa można dotrzeć pekaesem z Wisły. Bilet w jedną stronę z dworca autobusowego w Wiśle kosztuje 6 złotych.

W okolicach Beskidzkiej Trójwsi powstał szlak istebniańskich szałasów. Idąc nim, można się dowiedzieć, jak kiedyś żyli pasterze, zobaczyć bacę i juhasa oraz owce na hali. Szlak zaczyna się na Koczym Zamku bądź na Ochodzitej, skąd rozciągają się piękne widoki. Na Tynioku można spróbować serów i posłuchać gry na trombicie. Na Stecówce zjeść regionalny obiad, a na koniec zabawić się przy ognisku w rytm góralskiej kapeli.

::Gdzie spać

Leśniczówka, Istebna 423, tel. 33 855 10 69, pokoje z łazienkami w 100-letniej chałupie z ciemnego drewna.

::Gdzie jeść

Karczma Ochodzita, Koniaków 969, tel. 33 855 68 22, www.ochodzita.com.pl, jedzenie górlaskie i polskie: oscypki, placki z blachy, swojski chleb żytni.
Kolyba na Szańcach, Koniaków 33, tel. 33 855 70 78, bacówka czynna od kwietnia do października, codziennie od godziny 8 do 20.


Komentujesz: Górale liczą się z owcami

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie