Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?


« Powrót do inspiracji (227)

Beskidy od krańca do krańca



Stojąc na Połoninie Bukowskiej, na krańcu Polski, omiotłem wzrokiem Bieszczady po obu stronach granicy. Oto po przeszło dwudziestu dniach marszu dotarłem niemal do końca Głównego Szlaku Beskidzkiego


Wokół mnie góry, za mną na zachodzie – góry, przede mną na wschodzie, na Ukrainie – góry. Przed wojną beskidzki szlak wiódł dalej, w głąb Czarnochory, w Góry Czywczyńskie, do Kut nad Czeremoszem. Powojenna geopolityka zmieniła jego przebieg, przedzielając Beskidy Wschodnie granicą państwową.
Szkoda schodzić na niziny, przerwać rytm codziennej wędrówki od schroniska do schroniska, ze szczytu na szczyt, przez mroczne lasy, widokowe polany, przez potoki, do wiosek i miasteczek ukrytych w górskich dolinach. Magiczne dni...


Beskid Śląski – początek
Beskidzką wyrypę rozpocząłem trzy tygodnie wcześniej. Wyruszyłem z Ustronia w Beskidzie Śląskim, gdzie zaczyna się Główny Szlak Beskidzki (lub kończy, bo można go przejść w obu kierunkach). Był koniec września. Jesień to bodaj najlepszy okres na beskidzkie wędrowanie: pogoda stabilna, pejzaże przepiękne, a w schroniskach o wolne miejsce nietrudno.
Pierwsza noc wypadła w położonym na skraju podszczytowej polany schronisku pod Równicą (767 m n.p.m.). Można tu dojechać drogą, było więc dość gwarno, ale wraz z nadejściem zmroku wnętrza schroniska, nawiązujące wystrojem do regionalnych tradycji, opustoszały. Pozostali tylko nieliczni goście.
W nocy zbudził mnie hałas, wyjrzałem przez okno i... czym prędzej ubrałem się i wybiegłem na zewnątrz. Mały tłumek siedział na ławach, spoglądając na tarczę Księżyca, która z jednej strony zaczynała się czerwienić i znikać. Trwało częściowe zaćmienie. Uznałem, że to dobry znak na dalszą wędrówkę.
Kolejne dni były czasem cudnej jesieni. Karpackie lasy widziały barwny płaszcz, w dolinach bieliło się morze chmur, a ja zostawiłem za plecami i plecakiem dumne beskidzkie kolosy: Wielką Czantorię i Baranią Górę, z której zboczy wypływają źródła Wisły. Rzeczywistość miesza się tu z legendą o królu Beskidzie i królowej Boranie, ich dzieciach: Czarnusze, Białce i Lanie oraz przebiegłym Czantorze.
Pierwsze dni wędrówki nie dały się jeszcze we znaki, sił miałem pod dostatkiem, więc z optymizmem patrzyłem na panoramy Kotliny Żywieckiej. W towarzystwie przyjaciela marsz się nie dłużył i nim się obejrzeliśmy, stanęliśmy na popas w Węgierskiej Górce nad Sołą, gdzie w pierwszych dniach września 1939 roku polscy żołnierze zaciekle bronili się w nadrzecznych fortach przed atakiem wojsk niemieckich. Obrona Węgierskiej Górki zyskała miano „Westerplatte południa”.


Beskid Żywiecki – dzień piąty
Warto wyjść na szlak wczesnym rankiem, gdy w dolinach snują się mgły, a słońce kryje się jeszcze za kopułami gór. Dzień rodzi się na naszych oczach, barwy nabierają intensywności, przyroda budzi się z uśpienia. Tylko wędrowiec i górski pejzaż. Naprawdę wspaniałe uczucie!
Szliśmy przez pusty Beskid Żywiecki zanurzeni w reglowych świerczynach, sycąc oczy widokami. To jeden z ładniejszych odcinków szlaku. O każdej porze roku. Gościnne schronisko na Hali Rysianka zachęca do zatrzymania się choćby na odpoczynek i oczywiście apetyczny żurek na żywieckiej kiełbasie. Stary drewniany budynek z lat 30. ma bardzo ciekawą historię. Zbudował go Niemiec z Bielska – Gustaw Pustelnik z pomocą Tatrzańskiego Towarzystwa Narciarzy. Jak się okazało, wybór miejsca, z którego widać daleko i szeroko, nie był przypadkowy, Pustelnik był bowiem niemieckim szpiegiem i w schronisku zorganizował punkt obserwacyjny.
Wieczór zastał nas na Hali Miziowej, w schronisku, a właściwie hotelu górskim. Murowany budynek zapewnia wygody, ale pod względem urody nie może równać się ze swoim drewnianym poprzednikiem. Stare schronisko było uznawane za najpiękniejsze w polskich górach, niestety, spłonęło w 1953 roku. Nad halą wznosi się Pilsko – drugi pod względem wysokości szczyt beskidzki (1557 m n.p.m.). Nazwa góry pochodzi ponoć od pijackich zabaw zbójników, które się na niej odbywały. Pilsko znane jest zarówno turystom, jak i narciarzom – śnieg leży tu długo, a warunki do zjazdów są wyśmienite.
Dalej ruszyłem sam, kolega zwichnął nogę i pozostało mu tylko zejście do Korbielowa. Okazało się, że czekał mnie jeden z dłuższych dni na szlaku. 24 kilometry z Hali Mizowej do Markowych Szczawin pod Babią Górą wiodą niemal w całości wzdłuż granicy polsko-słowackiej. W górę i w dół, ze szczytu na przełęcz – i tak kilkanaście razy. Męczące, ale jakie piękne! W ciągu całego dnia spotkałem tylko jednego człowieka – słowackiego znakarza, który z kubełkiem farby poprawiał znaki szlaku po sąsiedniej stronie granicy. Przyznaję, że po takim dniu piwo wypite wieczorem w schronisku na Markowych Szczawinach smakowało mi jak rzadko. W tym roku oddano tu do użytku nowy budynek, który zastąpił staruszka sprzed ponad wieku.
Noc spędzam w gościnnych progach schroniska, a wschód słońca oczywiście na Diablaku – najwyższym wierzchołku Babiej Góry, Królowej Beskidów, zwanej też nie bez kozery Matką Niepogód. Stanisław Staszic tak opisał swoje wrażenia: „Mgła szaroblada wznosząc się do połowy Babi-góry, ukazała rozległy naokoło widok, wszystko zdawało się być zatopione, jak wodami zalane, z których gdziniegdzie gdyby wyspami wydobywały się niektórych gór wierzchowiska”.



Komentujesz: Beskidy od krańca do krańca

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie