Beskidy moja miłość
Najpiękniejsze, gdy pokrywa je mgła. Widząc koniec własnego nosa, prę do przodu, pod górę. Swoim rytmem, bo tutaj wszystko się wycisza i prawie stoi w miejscu
:: Tekst Joanna Stojak
Gdy wybierałam się w Beskidy po raz pierwszy, wiedziałam o nich tyle, że to najmłodsze góry w Polsce – uległy fałdowaniom w końcowej fazie orogenezy alpejskiej, a w trzeciorzędzie wypiętrzyły się ponownie. Wiedza potrzebna w szkole, na geografii. Jednak aby wędrować po górach, nie potrzebowałam sztywnych definicji – musiały one mnie po prostu do siebie przekonać.
Beskidy cieszą się ogromną popularnością wśród turystów, szczególnie masywy Beskidu Śląskiego i Żywieckiego. Kilka lat temu wybrałam się tam i ja – po raz pierwszy. Tatry, Bieszczady, Karkonosze – widziałam je wszystkie, ale w żadnych nie zakochałam się tak jak w Beskidach.
Zachłysnęłam się nimi i tak jest do dziś. Rok za rokiem, te same pasma, jedno po drugim. Można by powiedzieć, że najwyższy czas się nimi znudzić. O dziwo ja za każdym razem odkrywam je na nowo. Te same szlaki prezentują się inaczej – zmienia je pogoda, mijani ludzie (na niektórych ścieżkach bardzo nieliczni), wspomnienia. Beskidy mają specjalną szufladkę w moim sercu. A wydawać by się mogło, że to ot takie sobie góry, jak każde inne, i nawet nie za wysokie.
Zwykle goszczę w Beskidach około dwóch tygodni. Wbrew pozorom najtrudniej jest się tam dostać. Bez uprzedniej rezerwacji (doświadczenie uczy, że lepiej zainteresować się tym kilka miesięcy przed planowanym wyjazdem) można zapomnieć o dobrym miejscu noclegowym. Teoretycznie transport w Beskidach jest dość dobrze zorganizowany, ja jednak zawsze wolę od razu zamieszkać w miejscu, skąd odchodzą wszystkie szlaki. Łatwiej o takie skupiska w Beskidzie Żywieckim, aczkolwiek nigdy nie narzekałam na bazę noclegową Beskidu Śląskiego.
Za pierwszym razem zatrzymałam się w Szczyrku. Przejście z jednego końca wioski na drugi okazuje się nie lada wyczynem – to aż 11 kilometrów! I ile atrakcji po drodze! Akurat trafiłam na organizowany corocznie Tydzień Kultury Beskidzkiej. Mimo wielobarwności zespołów z najodleglejszych zakątków świata, najbardziej podobały mi się występy naszych polskich górali. To właśnie ten naturalny, doskonale zachowany folklor mnie urzekł. Beskidzcy górale są zupełnie inni niż ci z Tatr i Zakopanego – są według mnie prawdziwi. Najlepiej obserwuje się to w małych wioseczkach, w których kończą się szlaki.
Pamiętam jak pewnego razu zapadał zmrok, a ja i moi towarzysze dreptaliśmy żwawo pod górę, by jak najszybciej dotrzeć do domu, w którym wynajęliśmy pokój. Byliśmy zmęczeni po całodziennej wędrówce. Mimo to wdaliśmy się w rozmowę z góralem, który nas zaczepił – ubrany był w tradycyjny strój i żartował, używając gwary (beskidzcy górale zawsze są bardzo towarzyscy). Był ciekaw, dlaczego przyjechaliśmy w Beskidy, i koniecznie chciał, abyśmy zrobili sobie z nim zdjęcie, gdy usłyszał, że jesteśmy z Suwałk.
Pierwsze, co zrobiłam, będąc w Szczyrku, to wejście na Skrzyczne (1257 m n.p.m.) – w końcu najwyższa góra w okolicy! Cóż, szczyt mnie rozczarował – komercyjnie brzydki i do tego ta okropna wieża! Co więcej, kilkakrotnie musiałam wskakiwać z przerażeniem w krzaki, by uniknąć zderzenia z rozpędzonym fanem adrenaliny na drogim rowerze górskim.
Następnego dnia postanowiłam spenetrować szczyty po przeciwnej stronie szosy, czyli Klimczok (1119 m n.p.m.) i Magurę (1095 m n.p.m.) – jedną dwuwierzchołkową górę z rozległą polaną pomiędzy nimi. Początkowo droga była asfaltowa (czego nie cierpię, szczególnie podczas takiego upału, jaki panował), ale dość szybko doszłam nią do Sanktuarium Maryjnego i mogłam w końcu wejść na szlak turystyczny.
Trasa nie była trudna, dopiero ostatnie 30 minut musiałam się pomęczyć, wchodząc na szczyt z nosem przy ziemi (bardzo duży kąt nachylenia zimą okazuje się idealny dla narciarzy). Chociaż na Szyndzielnię (1026 m n.p.m.) mogłabym bez problemu dotrzeć w pół godziny, zrezygnowałam z tego. Upał był okropny i wolałam wrócić do Szczyrku, by obejrzeć jeszcze znajdującą się tam skocznię. Skoki narciarskie absolutnie mnie nie interesują, ale panorama owszem. I rzeczywiście – jest to idealne miejsce na spacer ze zdjęciami.
Natomiast Szyndzielnię „zdobyłam” dwa lata później – wjechałam na nią kolejką gondolową z Olszówki w Bielsku-Białej. Bardziej niż sama góra cieszyła mnie podróż tymi oryginalnymi przezroczystymi kopułami. I nawet nie musiałam się pchać czy znosić tłoku, z którym nieodłącznie kojarzy mi się Kasprowy Wierch. A i kolejka po bilety była mniejsza! Same plusy! Do tego wspaniała panorama, gdzie na horyzoncie zobaczyłam po raz pierwszy Babią Górę. Wtedy też postanowiłam, że kiedyś ją zdobędę.
Z przygodą na szlak
Gdy wróciłam w Beskid Śląski po dwóch latach, zatrzymałam się w Ustroniu. Koniecznie chciałam zdobyć Równicę (883 m n.p.m.), chociaż zdawać by się mogło, że nie ma w niej absolutnie nic imponującego. Nie polecam najpopularniejszego wśród turystów wjazdu samochodem do schroniska na piwo (przy zakupie otrzymuje się paragon upoważniający do wizyty w... toalecie! – mam go do tej pory), co umożliwia asfaltowa droga. Proponuję skorzystać z faktu, że szlaki piesze (jest ich kilka i wszystkie zbiegają się promieniście przy wspomnianym wyżej schronisku PTTK) naprawdę zachwycają, a na samą Równicę samochody przecież i tak nie wjadą (szosę polecam rowerzystom – trasa jest wyczerpująca, ale bardziej zaawansowani kolarze nie powinni mieć problemu).
Wybrany przeze mnie szlak prowadził przez las, dzięki czemu nie odczuwałam męczącego upału. Podejście wcale nie jest łagodne, ale muszę przyznać, że wędrówka okazała się bardzo przyjemna – cały czas korytarz wśród drzew, jakbym szła długą aleją, a potem nagle wyłoniła się przede mną polana. Niecałe 30 minut marszu pod górę przez łąkę i koniec! Najbardziej zdziwiło mnie, że sam (płaski!) szczyt ukryty jest wśród drzew i należy do niego podejść kilkanaście metrów w głąb lasu.
Do tej pory śmieję się, że weszłam na górę, usiadłam na trawie i z radością zrobiłam zdjęcie, myśląc, że to właśnie to miejsce. Dobrze, że mój tata ma manię studiowania mapy, bo inaczej pewnie w ogóle Równicy bym nie zdobyła. Szczyt był jakieś 300 metrów dalej niż przewidywaliśmy.
Gdzie serce moje...
Moją przygodę z Beskidem Żywieckim rozpoczęły wakacje w Rajczy. Mała wioseczka, w której gdzieniegdzie zachowały się jeszcze stare drewniane chaty z ciosanych pni, o łukowatych drzwiach i dachach krytych gontem. Niestety, z roku na rok coraz wyraźniej widzę, że są to już tylko relikty dawnego folkloru, a w dzisiejszym krajobrazie Żywiecczyzny dominować zaczyna architektura co najmniej tandetna.
Wtedy jednak zaszyłam się w miejscu, z którego odchodziło chyba z tysiąc szlaków i w którym trudno było o więcej niż trzy sklepy. Nocą wychodziłam przed domek, by wsłuchiwać się w oddech gór – nie był on tak imponujący jak wycie wilków, którego słuchałam w Masywie Śnieżnika, jednak nie mogłam się oderwać.
Tego lata chodziłam tak dużo, że moje buty tego nie wytrzymały. To podoba mi się w Beskidzie Żywieckim najbardziej – jest jak domino. Masyw ten obfituje w szczyty i hale, które następują jedna po drugiej, i najlepszą metodą zwiedzania okazuje się marsz przed siebie z noclegami w schroniskach. Słońce, zniżając się, krzyczy, że czas wracać do kwatery, wzbudzając żal, że tyle jeszcze jest przede mną, zaraz wyłoni się następny punkt, a ja muszę wracać. W Beskidzie Żywieckim to normalne, że aby zobaczyć kolejne nieznane miejsce, należy najpierw minąć te, przez które przechodziło się wielokrotnie.
Jednak dopiero po wakacjach w Korbielowie „zapuściłam korzenie”. Zaczęło się – rok po roku, przez kilka lat ten sam ośrodek na zboczu Pilska, te same szczyty i te same szlaki. I ku mojemu zdumieniu – wszystko zachwycało mnie od nowa. Prawie zawsze najpierw docierało się na Halę Miziową (ok. 1300 m n.p.m.), która stanowi swoistą rozdzielnię szlaków. Pierwsze schronisko PTTK, zbudowane w 1927–1930 roku, spłonęło w 1953 roku. Zastąpiono je następnym, które uruchomiono w dawnych, rozbudowanych budynkach gospodarczych.
Dziś nie ma już po nim śladu – obecne schronisko jest jeszcze nowsze i większe.
Na Pilsko (1557 m n.p.m.) wchodziłam stamtąd chyba z pięć razy – w upał, deszcz, a nawet zawieje. Najbardziej widowiskowe okazało się „pływanie” w chmurach. Tam po raz pierwszy dosłownie dotknęłam nieba. Najlepiej wchodzi się na Pilsko szlakiem żółtym (z Hali Miziowej), a schodzi czarnym. W czasie deszczu trzeba bardzo uważać, bo są to już wyższe piętra górskie i łatwo można poślizgnąć się na kamieniach.
Z Hali dojść także można do Sopotni Wielkiej, gdzie główną atrakcją okazuje się przepiękny wodospad. Dzięki dużej liczbie dobrze oznaczonych i skonstruowanych szlaków wędrówkę łatwo sobie urozmaicać – wchodząc jednym, a wracając innym, można zobaczyć więcej w ciągu jednego dnia. Warto to wykorzystać, bo rzeczywiście atrakcji jest sporo.
Kapryśna królowa Beskidu
Mimo wszystko najważniejsza pozostaje dla mnie Babia Góra (1725 m n.p.m.) – muszę przyznać, że wzbudza we mnie olbrzymi respekt. Masyw ten stanowi wspaniały model piętrowości roślinności górskiej, dokładnie opisanej na tablicach informacyjnych, postawionych na granicach kolejnych pięter (jedna z nich opisuje „strefę walki jarzębiny z kosodrzewiną”). O tej górze krążą legendy, które wryły mi się w pamięć. Górale przestrzegają, by przed wyjściem na szlak dokładnie przyjrzeć się niebu – nie powinno być na nim ani jednej chmurki. Pogoda zmienia się tam błyskawicznie i bywa to bardzo niebezpieczne.
Nie jest to trasa ani krótka, ani łatwa. Rozpoczyna się w Zawoi (przyjemność wędrówki kosztuje około 15 zł – za parking i bilet wstępu do Babiogórskiego Parku Narodowego). Na największą uwagę zasługuje odcinek z Markowych Szczawin Percią Akademicką (moim ulubionym szlakiem żółtym, który do zejścia nadaje się średnio). Mimo bardzo niewielkiej długości jest on jednym z najciekawszych i najtrudniejszych w polskich Beskidach, do tego jedyny oklamrowany i ołańcuchowany – wzrost adrenaliny zatem gwarantowany.
Na samym szczycie (Diablak) jest niesamowicie zimno i wieje porywisty wiatr. Należy pamiętać o ciepłym ubraniu (z kapturem!), bo każdy turysta zastaje tam jedynie kamienie, za którymi jeszcze nikomu nie udało się skryć. Po każdym zdobyciu Babiej Góry chcę jak najszybciej zrobić zdjęcia i równie szybko zejść niżej – na szczycie mam wrażenie, że za chwilę wiatr urwie mi głowę.
Czy Ci nie żal?
Beskidy zachwycą nawet najbardziej wybrednych turystów. Oprócz Beskidu Śląskiego i Żywieckiego na mapie łatwo odnaleźć również inne Beskidy Zachodnie: Mały (szczyty nie przekraczają 1000 m n.p.m., do tego pasma należy słynna góra Żar z hydroelektrownią szczytową i toczącymi się pod górę samochodami – z wyłączonym silnikiem!), Wyspowy (najwyższy szczyt Mogielica – 1170 m n.p.m.), Makowski (najwyższy szczyt Lubomir – 904 m n.p.m.) czy Sądecki (najwyższy szczyt Radziejowa – 1262 m n.p.m.).
Ja pozostanę im wierna – tęsknię za nimi przez cały rok, a one jeszcze nigdy mnie nie rozczarowały. Nasuwa mi się jeden wniosek: można pojechać lub nie pojechać – cokolwiek zrobimy i tak będzie nam żal.
Wpisz komentarz
Zamknij to okno