Fora narciarskich portali roją się od utyskiwań na rodzime ośrodki, na ich złą organizację, nieuprzejmą obsługę, wysokie ceny i brak śniegu. Sytuacja jednak szybko się poprawia. Wyciągi są coraz bardziej wydajne i nowoczesne, stoki - oświetlone. Ale też - niestety - tłok na trasach zjazdowych z roku na rok większy
TEKST: PAWEŁ WROŃSKI
Do pozytywnych refleksji skłoniła mnie pochwała jednego z naszych ośrodków zawarta w poście internautki, o stosownym nicku: „narta”: „Świetnie utrzymane stoki i wspaniała obsługa. Można jeździć cały dzień. W hotelu jest bardzo wysoki standard, i dostęp do wszystkiego, co jest oferowane”
Zarażony jej optymizmem, patrzę przychylniej na 700 naszych orczyków i talerzyków oraz blisko 70 kolei linowych, jak się określa nie tylko gondolowe czy szynowe kolejki, ale również wyciągi krzesełkowe. Co ważniejsze, najciekawsze z nich tworzą niewielkie wprawdzie, ale spójne systemy.
JAZDA Z WIDOKIEM
Nie mamy wprawdzie gór wysokich, ale szeroki pas na południu kraju pofałdowało nam niezgorzej. Z dojazdem z centrum Polski i z północy wciąż nie jest najlepiej, ale i to, sądząc po pracach drogowych, zmierza ku lepszemu. Z aurą oczywiście bywa różnie i jej kaprysom nie ma końca. Jednak, śniegiem od czasu do czasu sypie, nawet na stoki najniższych z naszych górek. A jak się one cudownie prezentują obsypane białym puchem... Krajobrazowi południowej Polski trudno odmówić uroku i – mówiąc szczerze – to jeden z największych atutów naszych narciarskich stacji. Że tak jest i że to ma znaczenie, dowodzi choćby ranking ośrodków prowadzony przez Onet. Potwierdzają to także liczby wejść na strony poszczególnych stacji, odwiedzanych poprzez wyspecjalizowane narciarskie portale.
Wygląda na to, że miłośnicy nart pogodzili się już z faktem, że kilkuset kilometrowych huśtawek w Polsce nie będzie i na wysokie pozycje w rankingach trafiają nowe kompleksy, nawet tak niewielkie jak na Bradowcu w Tyliczu (3,7 km tras), na Kiczerze w Puławach Górnych (4 km), czy – być może hit kolejnego sezonu – na Łysej Górze w Limanowej (2,3 km). Dawni liderzy, ze Szczyrkiem (łącznie 60 km tras, w tym 32 km w ramach jednego karnetu w ośrodku Czyrna Solisko) i Korbielowem (15 km) na czele, spychani są na dalsze pozycje. Komentujący sytuację internauci opinię o danej stacji opierają głównie na odczuciach. Albo im „się podoba” albo „się nie podoba”, „super jest” albo „porażka”, „bomba” albo „bleee”. I tyle. Jedynie Kasprowy Wierch (18 km) trzyma się mocno, mimo że narzekamy tam na wszystko... oprócz scenerii.
O palmę pierwszeństwa ścigają się w ostatnich latach Białka Tatrzańska z wyciągami na Bani, Kotelnicy i w Kaniówce (łącznie 12km tras), Wierchomla Mała z trasami na stokach Pustej Wielkiej (15 km), Szczawnica z krzesłami na Palenicy (1,7 km) i Kluszkowce z wyciągami na Wdżarze (2,5 km).
NA CZELE I W ODWODZIE
Depcze im po piętach Krynica z terenem narciarskim na Jaworzynie (10 km). Pnie się w górę wspomniany wcześniej Bradowiec w Tyliczu (3,7 km), gdzie są jeszcze wyciągi na Szwarcowej Górze i w centrum wsi (ale niezintegrowane w ramach jednego karnetu ani między sobą, ani z Bradowcem) oraz Polana Sosny w Niedzicy (1,5 km).
Do tego grona dołącza Limanowa z Łysą Górą (2,3 km). Zdecydowanie częściej dobre noty uzyskują ośrodki z Podtatrza i Beskidów aniżeli rozlokowane w Sudetach.
Znamienne jest natomiast, że większość budzących zainteresowanie ośrodków położonych jest, nawet jak na nasze góry, dość nisko. Na białczańskiej Kotelnicy, zjeżdżając, pokonamy zaledwie 230 m różnicy poziomów, na trasach rozlokowanych na wysokości 680–910 m. W Wierchomli na stokach Pustej Wielkiej różnica poziomów jest wprawdzie nieznacznie większa, gdyż sięga 315 m, ale trasy poprowadzone są niżej, na wysokości 585–800 m. Na stokach należącej do Małych Pienin szczawnickiej Palenicy trasy rozciągają się na wysokości 456–719 m, a z wierzchołka Wdżaru (767 m) w ośrodku Czorsztyn-Ski zjeżdża się zaledwie 157 m w dół, na wysokość 610 m. Powyżej tysiąca metrów zaczynamy zjazdy na Jaworzynie Krynickiej (1114 m). Różnica poziomów sięga tam 474 m, gdyż najniżej położony punkt systemu znajduje się na wysokości 640 m. W położonym nieopodal Krynicy Tyliczu, na wspominanym już Bradowcu, jest znowu niżej – trasy biegną na wysokości 590–740 m.
Z kolei na równie niewielkiej, ale pięknie położonej Polanie Sosny w Niedzicy różnica poziomów wynosi 102 m, a trasy biegną na wysokości 530–632 m. 168 metrów różnicy wzniesień pokonuje się również na trasach limanowskiej Łysej Góry, usytuowanych na wysokości 612–780 m.
Na tak nisko poprowadzonych trasach nie należy oczekiwać zbyt długiego zimowego sezonu. Kto ten drobny fakt przeoczył, będzie pod koniec marca pomstować, podobnie jak robi to internauta o nicku „mirek”: „Wszystkie wyciągi w Małopolsce pracują, a Rytro, które ponoć zostało »wybrane« w tym roku Najlepszą Stacją Narciarską Małopolski, zakończyło sezon. Wszędzie dobre warunki, a w Rytrze brakuje śniegu – tak jest non stop. Projektant tej stacji powinien zająć się chyba melioracją”. Dla porządku – trasy zjazdowe Ryterskiego Raju na Jastrzębskiej Górze zaczynają się na wysokości 628 m, a kończą 200 m niżej.
Dla porównania, trasy w ośrodkach z długą tradycją usytuowane są wyżej. Na Nosalu w Zakopanem różnica poziomów wynosi wprawdzie zaledwie 230 m, ale najsłynniejsza czarna trasa zaczyna się na wysokości 1200 m. W Zieleńcu w Sudetach trasy mają także tylko 200 m różnicy poziomów, ale rozciągają się na wysokości 800–1000 m. W głównych ośrodkach Karkonoszy – w Karpaczu i Szklarskiej Porębie – biegną odpowiednio: na wysokości 500–1375 m oraz 440–1309 m. Oznacza to szansę zjazdów o największych (poza Kasprowym) przewyższeniach w Polsce: 875 m w Karpaczu i 869 m w Szklarskiej Porębie. W Szczyrku, na Skrzycznem, różnica poziomów między szczytem (1257 m) a najniżej usytuowaną stacją wynosi 797 m. Na Pilsku w Korbielowie, gdzie trasy biegną na wysokości 650–1490 m, różnica poziomów, jaką pokonujemy w czasie zjazdu całym stokiem, jest jeszcze większa i wynosi 840 m.
BLASKI I CIENIE SŁAWY
Nic więc dziwnego, że ci, którzy chcą pojeździć nieco ostrzej, trzymają się tych tradycyjnych miejsc, a zwłaszcza Kasprowego, który poza wysokogórską scenerią kusi także okazją do zjazdów w niemal alpejskiej skali – 957 m przewyższenia. Kasprowy Wierch ma 1985 m wysokości, a dolna stacja kolejki linowej w Kuźnicach leży na 1028 m.
Jeżeli klucz do popularności wiąże się dzisiaj przede wszystkim z atmosferą miejsca, to warto zastanowić się, co jeszcze decyduje o sukcesie aktualnych liderów. Białka Tatrzańska jako nowoczesny ośrodek narciarski zaczęła się szybko rozwijać przed kilku laty, gdy właściciele miejscowych wyciągów, dogadawszy się, zaczęli współpracować. Sprawa stała się głośna, ponieważ w Polsce, zwłaszcza na Podhalu, było to bezprecedensowe wydarzenie. Dziś na wyciągach Kotelnicy, Bani i oddalonej nieco Kaniówki obowiązuje jeden karnet. Po wsi kursują busy dowożąc narciarzy do dolnych stacji wyciągów bez dodatkowych opłat, a na stokach pracują szybkie i ciche nowoczesne wyciągi krzesełkowe i orczyki. Białkę ze względu na szerokie trasy upodobali sobie miłośnicy carvingu, a nieźle przygotowany snowpark przyciąga wielbicieli snowboardu.
Kariera Wierchomli Małej rozpoczęła się, gdy Polskę obiegła wieść, że powstał w Beskidzie Sądeckim przyjemnie zorganizowany kameralny ośrodek, w sam raz dla rodzin z dziećmi. Kompleks zaoferował także hotel i punkty gastronomiczne. Gdy jednak Wierchomla stała się modna, kameralność diabli wzięli, a droga dojazdowa zamieniła w ciągnący się kilometrami parking, z miejscami coraz bardziej odległymi od stoku. Gospodarze zareagowali zręcznie, uruchamiając kursy busów łączących strefę parkingową z ośrodkiem. Ponadto po okresie trudnych negocjacji z lasami państwowymi i właścicielami gruntów od strony Szczawnika koło Muszyny, uruchomili kolejne wyciągi po wschodniej stronie grzbietu Pustej Wielkiej. Ośrodek rozrósł się znacznie, a nową sytuację zdyskontowano, lansując nazwę Dwie Doliny.
Historia krzesełkowego wyciągu i tras narciarskich na szczawnickiej Palenicy, malowniczym szczycie w grzbiecie Małych Pienin w Szczawnicy, rozpoczęła się od ostrej waśni inwestora (Polskie Koleje Linowe) z właścicielami gruntów. Spór udało się rozwiązać, ale pierwszych narciarzy, skuszonych promocją nowego wyciągu, powitał rozpięty w poprzek jednej z tras drut. Podobny, choć znacznie dłuższy i bardziej nagłośniony przez media spór, toczył się na stokach Gubałówki, gdzie płot uniemożliwiał zjazdy przez kilka sezonów. Takich problemów nie było w miejscach, których zagospodarowanie było jednoznaczne z odkryciem. Tak zamieniono w ośrodki narciarskie stoki nikomu nieznanych pagórków: Kiczery w Puławach Górnych czy Bradowca w Tyliczu. Poza tym wznoszone i rozbudowywane przez pomysłowego inwestora kompleksy mają od początku bliższy krajom alpejskim standard – przede wszystkim karnet na wszystkie, nowoczesne przeważnie wyciągi. Są w nich snow parki dla deskarzy oraz szkółki dla najmłodszych i początkujących, parkingi, a nierzadko także lokale gastronomiczne i miejsca noclegowe. W przypadku tych rzeczywiście przodujących ośrodków oferta obejmuje również spa czy obiekty konferencyjne.
Koniunktura na narciarstwo rozrywkowe sprzyja rozwojowi ośrodków-lunaparków, bynajmniej niepołożonych na południu Polski. Hal pod dachem jeszcze nie mamy i pewno nie prędko się u nas pojawią, ale sztuczne stoki są już dwa – na Szczęśliwcach w Warszawie i na Malcie w Poznaniu.
Oprócz, co naturalne, Gór Świętokrzyskich zagospodarowano niewielkie nawet wzniesienia na niżu – naturalne morenowe wzgórza pojezierzy, a w Bełchatowie hałdę po dawnych wyrobiskach. Na hałdzie sypią dziś śniegiem armatki i szumią trzy wyciągi, w tym jeden krzesełkowy. Różnica poziomów, jaką udało się uzyskać, wynosi 123 m. I chociaż malowniczych Pienin stąd nie widać, to więcej niż w Niedzicy, a niewiele mniej niż w Kluszkowcach. Jeśli więc tylko śnieg dopisze, ośrodki w Gołdapi, Lidzbarku Warmińskim, Mrągowie, Okrągłem i Rusi na Pojezierzu Warmińsko-Mazurskim, Cisowa i Morsko na Jurze, pomorska Amalia i Przywidz, Łysa Góra w Sopocie, Góra Chrobrego w Elblągu czy Wieżyca na Kaszubach nie powinny narzekać, zwłaszcza w weekendy, na brak klienteli. Z powodzeniem bowiem zapewnią narciarzom dobrą zabawę, oszczędzając im jednocześnie kilkusetkilometrowej podróży.
MAGIA PRZEPUSTOWOŚCI
Właściciele infrastruktury w miejscu, które osiągnęło wysoką pozycję w jakimś rankingu, zacierają ręce. Wzrost popularności pociąga szybko wzrost zysków. Nasi przedsiębiorcy wcale nie zadowalają się czystym zyskiem i przed kolejnymi inwestycjami nie uciekają. Jednak szybko dochodzą do kresu, nie tyle możliwości finansowych, ile pojemności terenu narciarskiego, jakim dysponują. Rzecz rozpatrzmy na spektakularnym przykładzie Polany Szymoszkowej w Zakopanem. Są tam dwa wyciągi: jeden z 4-osobowymi krzesłami, drugi z 6-osobowymi z kopułą osłaniającą pasażerów od wiatru i opadów. To większe i dłuższe krzesłowy produkowane przez światowego potentata firmę Doppelmayr jest najnowocześniejsze w Polsce. Kilka innych „szóstek” także się już u nas kręci, ale tylko ta ma osłonę. Przepustowość – parametr chętnie używany w materiałach promocyjnych ośrodków – prezentuje się na Szymoszkowej rzeczywiście imponująco: 3 tysiące osób na godzinę! Podobne urządzenia pracują w setkach narciarskich stacji na świecie. Ale tam ich pasażerowie rozlewają się po dziesiątkach kilometrów okolicznych tras, także nie odczuwamy tłoku. Na Szymoszkowej jest inaczej. Zjechać można jedynie wzdłuż wyciągu trasą o długości 1500 metrów. W dolnej części pracuje zresztą drugie, krótsze i tylko 4-osobowe krzesło obsługujące drugi jęzor polany ze zjazdem o długości 400 m. Przepustowość tego równie nowoczesnego krzesła szacowana jest na 2 tysiące osób na godzinę. Tak na marginesie, to standard. 2-osobowe krzesła wywożą w ciągu godziny 900–1200 osób, 4-osobowe mniej więcej dwukrotnie tyle. W opisywanym przypadku wynik prostego dodawania ujawnia liczbę potencjalnych narciarzy na Polanie – 5 tysięcy osób! Dostają się na górę w ciągu godziny, ale w ciągu tej samej godziny muszą zjeżdżać w dół. Nie unikniemy tłoku. Porównanie do ruchomych schodów w metrze w godzinach szczytu nie wydaje mi się przesadzone! Dłuższa trasa Szymoszkowej ma 280 m różnicy wzniesień. Nie jest więc trasą przeznaczoną do dynamicznej, sportowej jazdy. Owszem, znakomicie dośnieżona za pomocą armatek i starannie wyrównana ratrakami nadaje się przede wszystkim do jazdy rekreacyjnej. Tyle że z własnego doświadczenia pamiętam tylko jeden dzień, w którym dało się tam jeździć bez tłoku – 1 stycznia przed południem – po sylwestrowej nocy, przy pogodzie zachęcającej raczej do spania!
STOKI JAŚNIE OŚWIECONE
Skoro w przestrzeni jest trudno, gospodarze narciarskiej infrastruktury starają się rozłożyć klientów w czasie. Gdyby zamiast stosunku jakości do ceny rozważać relacje oświetlenia tras do ich długości, to polskie stacje trafiłyby z pewnością do księgi Guinnessa. Otwieranie oświetlonej trasy jest w każdym alpejskim ośrodku wydarzeniem poprzedzonym solidnymi przygotowaniami i mocno promowanym. Jazda wieczorna nie jest bowiem ani tak bezpieczna jak za dnia, ani tak przyjemna, zwłaszcza w mroźny i wietrzny wieczór. Dla współpracujących uczciwie usługodawców ważne jest również, by klienci nie tylko zachwycili się stokami, ale też menu miejscowych restauracji, zaopatrzeniem sklepów oraz wszelkimi innymi propozycjami spędzania wolnego czasu – od jazdy psimi zaprzęgami po koncerty i dyskoteki. Możliwości spędzania czasu „po nartach” (określane francuskim terminem apres-ski) mają w ofercie ośrodków rangę równą infrastrukturze. U nas, współpraca między usługodawcami wciąż jest w powijakach. O apres-ski można mówić raczej w większych miejscowościach: Krynicy, Szczawnicy, Karpaczu, Szklarskiej Porębie czy Zakopanem, gdzie nie tylko jest, co robić po nartach, lecz także jest w czym wybierać.
KIEDY MAŁE SĄ BEZPIECZNE?
Oprócz magii parametrów technicznych rozpowszechniony jest mit, że małe ośrodki są znakomite do jazdy rodzinnej, czyli jazdy z małymi dziećmi stawiającymi pierwsze kroki na nartach. Opinię tę uzasadnia się tym, że na łagodnym stoku małej stacji mali narciarze będą bezpieczni. Kontrowersyjne to założenie, bo przyczyną większości poważnych wypadków na stokach nie są upadki, ale zderzenia narciarzy. A o kolizję na zatłoczonej trasie nietrudno.
Z kwestią bezpieczeństwa nowe stacje radzą sobie jednak nie najgorzej. Ba, niektóre znakomicie, wydzielając po prostu tereny dla dzieci. Pytani o dogodne miejsca do takiej jazdy rodzice wymieniają jednym tchem Białkę, Bukowinę, Tylicz, Wierchomlę, Kluszkowce, Niedzicę, Krynicę, Szczawnicę, Małe Ciche, Nosal (oczywiście nie czarną trasę spod jego szczytu, ale łąki u stóp góry), Rytro, Czarną Górę czy Puławy Górne. Dalej są Rabka, Wisła, Szymoszkowa w Zakopanem, przodujący niegdyś w takich statystykach Zieleniec, Ustrzyki Dolne, Gubałówka czy Karpacz. Niektóre ośrodki oddają do dyspozycji najmłodszych bardzo przy ich nauce przydatne wyciągi taśmowe. Takie urządzenie poruszyło serce niejednych rodziców w nadpopradzkim Ryterskim Raju. A sądząc po tempie zmian w infrastrukturze narciarskiej, taśmowe albo, jak niektórzy mówią dywanowe „baby lifts”, wkrótce pojawią się i w innych naszych stacjach. Zaś narciarskie przedszkola podobne do „Dimbo” na Polanie Strugi na stokach Pilska też się rozpowszechnią, przyczyniając się do wczesnej edukacji narciarskiej następnych pokoleń miłośników białego szaleństwa w Polsce.
Wpisz komentarz
Zamknij to okno