Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?


« Powrót do archiwum (429)

Wizyta u Marii Śnieżnej

 

O tym, że wrócę kiedyś do Kotliny Kłodzkiej, wiedziałam od momentu, gdy ujrzałam i pokochałam Sudety. Dokładnie w rocznicę pierwszej bytności znów pakowałam plecak


Nie było to łatwe, bowiem na tygodniowy pobyt w górach chciałoby się zabrać wiele. Dyscyplinowała mnie moja towarzyszka podróży: „Pamiętaj, że będziesz musiała to wszystko dźwigać!”. Gdy po całonocnej, męczącej podróży wysiadłyśmy w Lądku-Zdroju, lało i wiało. Kuląc się pod wiatą przystanku autobusowego, mamrotałam, wyliczając wszystkie znane ze słyszenia atrakcje tego miejsca: – No i gdzie te źródła zdrojowe? Gdzie uzdrowisko, park, pijalnia wód mineralnych? Gdzie smakowita jajecznica smażona na wielkiej patelni? – Ja wiedziałam, że z tobą będą kłopoty. Wszystko jest tam – machnęła ręką moja towarzyszka podróży. Tylko musimy się stąd ruszyć.

Wypchany plecak ciążył na plecach, wiata odstraszała, koleżanka dokuczała. Nagle tuż koło nas zatrzymał się samochód. Wysiadła z niego... zakonnica. Natychmiast pomyślałam, że śnię, a to moja ulubiona aktorka Whoopi Goldberg. – Widzisz, Bóg cię wysłuchał, zakonnicę nam zesłał, idź spytaj, może nas zawiezie do miasta – zostałam pouczona.

Energiczna siostra, z ogromną wprawą prowadząc samochód, zawiozła nas do najbliższego sanatorium. Nadal padało. Z niejaką nieśmiałością pchnęłam drzwi wiodące do oświetlonego wnętrza. Zdjęłyśmy plecaki i z lubością opadłyśmy w wygodne fotele. Szeptem prowadziłyśmy rozmowę, myśląc, że recepcjonistka śpi w portierni. Cicho, błogo, przytulnie... Prawie zasnęłam. Do rzeczywistości przywrócił mnie głos: – Boże, chyba złamałam nogę, poślizgnęłam się na tych mokrych liściach. Idź po lekarza – skarżyła się jedna z dwóch pań, które nagle wtargnęły do holu. Rozbudzona recepcjonistka wezwała lekarza, a potem zajęła się nami, częstując kawą.



Ponury wodospad


Wkrótce pożegnałyśmy gościnne progi uzdrowiska, by ponownie ruszyć w podróż. Budzący się dzień obserwowałyśmy z okien autobusu, który pędził serpentyną to wznoszącej się, to opadającej szosy. Siąpiący deszczyk nie przysłaniał bajecznych jesiennych widoków.

Po półgodzinnej jeździe wylądowałyśmy w Bystrzycy Kłodzkiej. Tu okazało się, że następny autobus mamy o godzinie szesnastej. Dochodziła dziewiąta. W tej sytuacji postanowiłyśmy skorzystać z autobusu do Międzygórza, który odjeżdżał za pół godziny.
Tak znalazłyśmy się u stóp Śnieżnika. Deszczyk siąpił, a typowo turystyczno-wypoczynkowa miejscowość tchnęła ciszą i spokojem. Może turyści jeszcze spali, a może już wyjechali? Drewniane pensjonaty ze zdobnymi balkonami nie zdradzały tego, gdy zaciekawione zerkałyśmy w ich stronę.

 

Wejście na Górę Igliczną i dostąpienie zaszczytu ujrzenia królestwa Matki Bożej czczonej jako Przyczynę Naszej Radości – obrałyśmy za cel. Oznakowaną i wytyczoną trasą zmierzałyśmy do sanktuarium nazywanego Marią Śnieżną. Znaki szlaku wiodły usłaną mokrym i posklejanym listowiem drogą łagodnie w górę, by po chwili doprowadzić do schodów. Teraz, po skalnych stopniach całkowicie zasypanych listowiem, wędrowałyśmy do tarasu widokowego. W normalnych warunkach wspinaczka nie stanowiłaby problemu, ale przy takiej pogodzie było ślisko, a trzymanie się metalowej, mokrej i zimnej poręczy niestety nie było przyjemne. Niedogodność wynagrodził widok wodospadu. Rzeka Wilczka z wysokości 23 metrów spadała kaskadą huczącej wody do skalnego wąwozu. Obserwowanie wodospadu z licznych okalanych balustradami tarasów w piękny słoneczny dzień na pewno nastraja pozytywnie, wywołuje radość i uśmiech. W ten pochmurny, zapłakany dzień wodospad Wilczki przerażał i przygnębiał. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia i uciekamy z tego ponurego miejsca.



Cudowna figurka Veita


Otacza nas ciemny las. Tkwiące na głowach kaptury utrudniają widoczność. Nagle odkrywamy, że na żadnym z drzew nie ma znaków, a droga rozchodzi się w cztery różne strony świata. Rozchodzimy się w poszukiwaniu podpowiedzi i wtedy dostrzegam na pniu drzewa szlak, który wyraźnie skręca w lewo. Teraz schodzimy w dół. Mam problemy – ślizgam się po mokrym podłożu. „Boże ratuj” – stanęłam i zaczęłam prosić Stwórcę o pomoc. Modlitwa została wysłuchana – doznaję olśnienia i zawracam, co też czyni bez słowa sprzeciwu moja towarzyszka. Znów wspinamy się do góry, a znaki potwierdzają, że wędrujemy wprost na Górę Igliczną. Trochę spieramy się, bo ja twierdzę, że mieszkaniec wodnej kipieli przysłonił swoim rogatym łbem znaki na naszej trasie. Natomiast koleżanka twierdziła, że to ingerencja drwali, którzy po prostu wycieli jedno z oznakowanych drzew i tym sposobem poplątali nam w głowach.

Wreszcie jest! Widzę kościółek osnuty mgłą, zawieszony nad ziemią. Biegnę gnana obawą, że świątynia odpłynie ku obłokom i nie zdążę się w niej pomodlić. Z folderu dowiadujemy się, że w XVII wieku wójt Wilkanowa Krzysztof Veit, pielgrzymując do Austrii, wrócił w rodzinne strony z drewnianą kopią ludowej figury Matki Bożej z Mariazell. Umieścił ją w konarach rozłożystego buka. Od tego czasu pielgrzymi zatrzymywali się pod koroną drzewa i oddawali cześć Madonnie. O niezwykłej mocy figurki przekonano się, gdy straszliwa burza, pustosząc drzewostan na Górze Iglicznej, przewróciła również buk, nie uszkadzając jednak rzeźby. Poczytano to za wielki znak i cudem ocalałą Matkę umieszczono w drewnianej, specjalnie dla niej zbudowanej kaplicy. Rzesze pielgrzymów i uznane przez kościół cuda dokonane w tym miejscu sprawiły, że postanowiono wznieść świątynię, by zamieszkała w niej Maryja. Cudowną figurkę w 1983 roku osobiście ukoronował Jan Paweł II podczas mszy na wrocławskich Patynicach.



Przyczyna naszej radości

Ukoronowaniem naszej wędrówki na Górę Igliczną było uczestnictwo we mszy świętej. Nabożeństwo odprawiane jest każdego dnia o godzinie dwunastej. Weszłyśmy do świątyni o niebywałym wystroju. Z ołtarza spoglądała na nas Matka Boża. Piękno i dostojeństwo wyzierało z każdej rzeźby i z każdego witraża. Dwa puste rzędy drewnianych ławek zapraszały, by przysiąść. Rozpoczęła się msza, ksiądz zachowywał się tak, jakby miał przed sobą olbrzymią rzeszę wiernych, a nie dwie zbłąkane owieczki. Podczas modlitwy wiernych zorientowałam się, że nasze ciche głosiki wspiera jeszcze ktoś. Ciekawie się obejrzałam. W ostatniej ławce wtuleni w siebie gorliwie odmawiali modlitwę młodzi małżonkowie. Zrozumiałam ich żarliwe błaganie. Matka Boża w Sudetach błogosławi potomstwem bezdzietnych małżonków, opiekuje się turystami i sportowcami. Jest Przyczyną Naszej Radości.

Ksiądz Andrzej tuż po mszy wyszedł z zakrystii, by przywitać się z nami i onieśmielonymi małżonkami. To on poradził nam, byśmy zeszły w dół zielonym szlakiem aż do szosy, a tam ktoś zawsze dowiezie nas do Bystrzycy Kłodzkiej. Dziękujemy za podpowiedź i takie lekkie, oczyszczone wychodzimy na zewnątrz. Z radością stwierdzamy, że mgła opadła, a deszczyk odpłynął gdzieś wraz z nią. Schodzimy w dół. Tuż przed zagłębieniem w leśną gęstwinę odwracam się, by po raz ostatni spojrzeć na sanktuarium. Ujrzałam tuż nad kopułą płynące po niebie, kłębiaste, przypominające uskrzydlone anioły, obłoki. Nagle maleńki zabłąkany, ale jakże utęskniony promyczek słońca, na jedno mgnienie oświetlił świętą budowlę, rozpromieniając nadzieją całą okolicę. Moje serce wypełniła radość. Po raz kolejny w swoim życiu wyszeptałam: „Boże, za wszystko Ci dziękuję”.

 

Zupełnie niewidoczna ścieżka - całkowicie zasypana listowiem i wiodła przez las. O tym, że istnieje właśnie tędy zejście świadczyły strzegące jej granic drzewa, to na ich korach pokazywał się zielony szlak potwierdzający prawidłowy kierunek marszu. A nie był on dla mnie początkującego piechura łatwy. Gdy po raz trzeci niebezpiecznie pośliznęłam się na zamaskowanych listowiem głazach i z impetem wpadłam na pień drzewa, który w geście rozpaczy objęłam, moja koleżanka podała mi rękę. Drobiąc kroczki prowadzona jak małe dziecko wędrowałam za przewodniczką. Zawstydzona swoją niemocą wyszukałam kij i przy jego pomocy schodziłam w dół. Wreszcie wpadłam na pomysł, że zacznę schodzić stylem rozchwianego bosmana i szeroko rozstawiając nogi schodziłam hamując jednocześnie piętami i mocno wbijając nogi w podłoże. Pomogło. Bez najmniejszych problemów wydostałyśmy się z lasu.



Komentujesz: Wizyta u Marii Śnieżnej

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie