Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?


« Powrót do archiwum (452)

Witaj w Podróży nr 36, czerwiec/lipiec 2013

Portugalski blues


Fado to wyśpiewana dusza Portugalii i wciąż żywa muzyka lizbońskich ulic, która w 2011 r. została wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Tekst Katarzyna Sołtyk

Moje pierwsze spotkanie z fado miało miejsce ponad 10 lat temu, w czasach, kiedy muzyka ta poza granicami Portugalii była kojarzona wyłącznie z zespołem Madredeus rozsławionym w filmie Wima Wendersa „Lisbon Story”. Spacerowałam po Alfamie, najstarszej i najpiękniejszej dzielnicy Lizbony. Kluczyłam wąskimi uliczkami wśród niewielkich, poprzyklejanych do siebie domów z obdrapanymi fasadami, zaglądając do ciasnych podwórek i ślepych zaułków. Wszystko wokół pięło się lub opadało ogromną liczbą kamiennych schodków. Białe pranie suszyło się na kolorowych sznurach, a na małych placykach hałaśliwe dzieci podtrzymywały zamiłowanie ojców i dziadów do futbolu.
I wtedy właśnie z uchylonego okna dobiegły mnie odgłosy domowej krzątaniny i kobiecy głos śpiewający tęskną melodię. Przystanęłam pod oknem, żeby wsłuchać się w pragnienia mieszkanki jednego z najpiękniejszych miast świata. Nie zrozumiałam ani słowa, ale sama melodia przemówiła do mnie. Myślę, że była o miłości, o tym, że przynosi ona małe radości i wielkie cierpienia. O tęsknocie i nieubłaganym upływie czasu. Była rzewna, gorzka i bezwstydnie sentymentalna. Portugalczycy nazywają to saudade, czyli nostalgia, melancholia. Lecz w tej nostalgii odnalazłam również wiele radości i optymizmu. I takie właśnie jest fado.

Optymistyczna nostalgia
Na kolejne spotkanie z portugalskim bluesem (jak określa się czasem ten rodzaj muzyki), tym razem w wydaniu profesjonalnym, wybrałam się do dzielnicy zwanej Górnym Miastem (Bairro Alto). Na turystów i miłośników fado czekają tu liczne aldegi, czyli restauracje, w których występują śpiewacy. Usiadłam przy długim, wspólnym stole, między portugalską gospodynią domową a angielską damą, obok oszronionej butelki z vinho verde. Gdy nadeszła godzina występów, młoda dziewczyna, która wcześniej podawała gościom smażonego dorsza, wytarła ręce i zaczęła snuć opowieść o swym bólu. Po kilku piosenkach zmienił ją odźwierny. Potem przyszła kolej na kucharkę w poplamionym fartuchu i wreszcie gwiazdę wieczoru – napuszoną damę siedzącą przy oddalonym stoliku, która okazała się właścicielką lokalu. Goście bili brawo i śpiewali razem z artystami. Później była półgodzinna przerwa i spektakl zaczął się od nowa. I tak aż do późnej nocy. Porwani nastrojem turyści kupowali płyty z autografami wykonawców. Wierzyli, że po powrocie do domu odtworzą atmosferę tych chwil. Nie wiedzieli, że to niemożliwe.
Od tamtej pory wielokrotnie miałam okazję uczestniczyć w małych recitalach i wielkich przedstawieniach fado, w wydaniu zarówno kobiecym, jak i męskim, w eleganckich restauracjach, małych knajpkach i salach koncertowych. Ale to właśnie spotkanie w lizbońskiej aldedze, ze stołami przykrytymi ceratą, zapadło mi najgłębiej w pamięć.


Komentujesz: Portugalski blues

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Fotogaleria: Galeria artykułu



Tagi: unesco, portugalia


Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie