Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?


« Powrót do archiwum (429)

PODZIEMNA przygoda

 

Podobno w toni jeziora Paklicko Małe ukryty jest szpital wojskowy,
podobno stąd aż do Berlina wiedzie podziemny korytarz, podobno o północy pojawia się w nim zjawiskowo złowieszczy Helmut… Sprawdziliśmy

 

 

TEKST I ZDJĘCIA DOMINIKA SKONIECZNA, DANIEL KLAWCZYŃSKI

 

Do eksploracji podziemnego labiryntu Międzyrzeckiego Rejonu
Umocnionego przystąpiliśmy przygotowani. Łódką co prawda po jeziorach nie pływaliśmy, ale ponton okazał się przydatny... No i rower – oba środki transportu idealnie wpasowują się w środowisko tajemniczych podziemi.



Klucz do Tartaru


Podziemne muzeum w Pniewie, oddalone o 12 kilometrów od Międzyrzecza, to świetne wprowadzenie do naszej eskapady. Ale najpierw zwiedzamy naziemną część muzeum – wystawę sprzętu wojskowego, czołg T -34 i kilka armat. Można też z bliska przyjrzeć się tak zwanym zębom smoka. W jednym z budynków oglądamy ekspozycję elementów wyposażenia bunkrów, ekwipunku żołnierzy z czasów II wojny światowej i wystawę zdjęć związanych z tą tematyką. Udziela się militarny nastrój.

Największą atrakcją jest terrarium z egzotycznymi nietoperzami! Zadziwia nas, że są takie aktywne w ciągu dnia. Jak się okazało, odwrócono im cykl dobowy. Czerwone światło, takie, jakiego używa się w ciemni fotograficznej, jest dla nich niewidoczne – stwarza pozory nocy, umożliwiając jednocześnie podglądanie tych tajemniczych stworzeń.

Wreszcie kulminacyjny punkt programu – podziemne labirynty, w części tylko udostępnione turystom. My natomiast, dzięki legitymacji dziennikarskiej, otrzymujemy klucz do całego obiektu. Czeka na nas ponad 30 kilometrów prawdziwej przygody!



40 metrów w dół


Najpierw otwierają się potężne stalowe wrota obiektu nr 717 stanowiącego część składową większego umocnienia zwanego grupą warowną Scharnhorst. Na własnej skórze czujemy mroźny oddech wnętrza kazamat. Charakterystyczny skondensowany, zatęchły piwniczny aromat – bunkrowa atmosfera, środowisko dobre dla grzybów lub nietoperzy, ale nie dla ludzi! Zaraz po wejściu słychać dźwięki marsza – niemieckiego, rzecz jasna. Naziemna oraz podziemna magazynowo-koszarowa część schronu przystosowane zostały do ruchu turystycznego. Powstało tu osobliwe muzeum. Stworzona ekspozycja daje pojęcie o tym, jak wyglądała żołnierska służba w takim obiekcie. Dalej już bez niespodzianek – stała temperatura w granicach 8 stopni Celsjusza i wysoka wilgotność, a przede wszystkim wszechogarniająca i absolutna ciemność. Bez latarki ani rusz. Z nieufnością wpatrujemy się w czerń ziejącą z pieczary, czując się trochę jak na planie filmu grozy. Byle tylko w czeluściach nie usłyszeć sapania albo nie dostrzec świecących czerwonych oczek. Chwila konsternacji... Ech! Po chwili ruszamy, zostawiając wszystkie wątpliwości daleko za nami. Wypadałoby powiedzieć raczej „nad nami”, gdyż strome i kręte schody prowadzą prawie 40 metrów w dół – wprost w otchłań ciemności.

Po klaustrofobicznej klatce następuje rozprężenie przestrzeni w postaci korytarza z szynami. Tutaj uzbrajamy nasze rowery w cały dostępny pakiet oświetlenia, a głowy w kaski rowerowe. Wskakujemy na siodełka naszych pojazdów. Dawniej można było skorzystać z kursującej tu kolejki szynowej. Czujemy się coraz bardziej nieswojo. Zaraz wylądujemy w dzikiej części tego podziemnego labiryntu, zdani tylko na siebie i swoje umiejętności. Hauptverkehrsweg, czyli centralny chodnik, prowadzi nas ku północnym rubieżom, gdzieś w okolice wsi Kęszyca. Jest tylko nieco dłuższy niż jego niemiecka nazwa. Ma około 10 kilometrów i przebiega południkowo. Dobrze, że jesteśmy „zrowerowani”. Najciekawsze zakamarki kryją się bowiem w różnych bocznych korytarzach. Ich eksploracja na piechotę trwałaby zbyt długo. Po drodze mijamy kilka obszernych tuneli – są to dworce, które pozwalały na wymijanie się wagoników kolejki. Ich prawdziwie
niemieckie brzmienie odpowiada klimatowi tego miejsca: Heinrich, Gustaw, Friedrich, Emma, Martha, Otto... Każdy z nich byłby w stanie pomieścić całkiem sporą ciężarówkę!



W królestwie Chiroptera


Dzikie ostępy tego podziemnego świata przemierzamy bardzo ostrożnie. Trzeba nie lada skupienia, żeby nie zanurzyć przypadkiem koła w głębokiej na kilkadziesiąt centymetrów „kałuży”.

Pobudzająco działa na wyobraźnię to, że w ciągu ostatnich 20 lat życie straciło tu pięć osób. Najbardziej wstrząsająca była tragiczna śmierć młodej harcerki, która wpadła do bardzo głębokiego, niczym niezabezpieczonego szybu. Poruszanie się na dziko w zdradliwych labiryntach MRU nie należy zatem do bezpiecznych. Dla rowerzysty największe zagrożenie stanowią studzienki kanału odwadniającego (do dwóch metrów głębokości), w większości pozbawione pokryw.
W najlepszym wypadku można stracić zęby. Warto zatem zastanowić się nad opcją zwiedzania pod okiem doświadczonego przewodnika.

W pewnym momencie, w refleksach rozbieganych snopów świateł, zauważamy dziwny ciemny nalot. Jak się okazuje, są to grupki hibernujących tu nietoperzy, przylepionych do łukowatych betonowych sklepień. No tak, w końcu to marzec – ich zimowy sen wciąż trwa. Jednak w wielu koloniach zaczął się już ruch, a niektóre osobniki postanowiły nawet rozprostować skrzydła. Zdarzył się nam
przypadek bliskiego spotkania z jednym z nich, widocznie jeszcze niedobudzonym. Chyba zawiodła go echolokacja! Podziemia MRU to obecnie największy w Europie Środkowej zimowy rezerwat nietoperzy. Od września do początku kwietnia stacjonuje tu około 30 tysięcy osobników – przedstawicieli aż 12 gatunków tych jedynych latających ssaków! Ciekawostką jest, że niektóre z nich zlatują do tego miejsca z odległości nawet 260 kilometrów. Widocznie podoba im się panujący tu mikroklimat – stabilna temperatura, wilgoć oraz absolutna cisza i mrok. Dlatego, żeby nie zakłócać im letargu, spora część fortyfikacji przez zimę dla zwiedzających pozostaje zamknięta. I my nie niepokoimy ich dłużej, w końcu jesteśmy w gościach.



Co kryją zatopione korytarze?


Ruszamy dalej w kierunku jednego z 18 dworców – Nordpol. Bacznie skanujemy każdy centymetr drogi przed nami. Woda pod kołami – alert pierwszego stopnia! Wypatrywanie zatopionych jam
staje się w tym momencie bardzo trudne. Przeważnie znajdują się po środku korytarza, ale nie zawsze. Jedziemy zatem wolniutko. W końcu dajemy za wygraną. Zawracamy na poziomie wody do kolan.
Odkryjemy ten fragment dopiero następnym razem, gdy wrócimy tu z pontonem. Wtedy też dokładnie obejrzymy niezwykłe złociste nacieki, które pokrywają ściany. Tworzą one tak malowniczą mozaikę, że nawet Picasso by się nie powstydził. Wszędzie słychać kapiącą wodę. To za jej sprawą wnętrze korytarza straciło regularność kształtów i barw, które widywaliśmy dotychczas. Zwisające stalaktyty oraz abstrakcyjne freski tworzą przejmującą atmosferę niezwykłości, sprawiają, że czujemy się jak speleolodzy.

W totalnych ciemnościach, pozbawieni zegara słonecznego, zupełnie tracimy poczucie czasu. Na powierzchni dochodzi osiemnasta. Najwyższy czas poszukać jakiegoś kąta dla siebie. Lokujemy się w bocznej komnacie przy jednym z dworców. Miejsce to stwarza pozory małego pokoju. Wokół rozstawiamy małe świeczuszki i przy ich romantycznym blasku zajadamy się kolacyjką.

Rano (he, he...) zwijamy sprzęt i na powrót przystępujemy do rowerowej eksploracji MRU. Po drodze zauważamy dziwne zjawisko. Zastanawia nas, dlaczego w niektórych miejscach nagie betonowe ściany wywołują efekt echa, a chwilę później ten sam tunel jest zupełnie „głuchy”. Przemierzającym korytarze na rowerze zjawisko to szczególnie rzuca się „w uszy”. Warto czasem zatrzymać się i wsłuchać w panującą tu ciszę. Zdarza się, że do naszych zmysłów dotrze tajemnicza muzyka – gra dyskretnych dźwięków odbijających się od ściany do ściany, coś jakby cedzenie przez zęby. Większość tych tonów pozostaje jednak poza zakresem naszego słuchu – to ultradźwięki, za pomocą których orientują się w przestrzeni nietoperze. Czasami też Helmut wtrąci jakąś nutkę od siebie. Taką bardziej przypominającą wycie. Nie wierzycie? To zapytajcie przewodników.



Powojenne dzieje MRU


Rytmiczne kap, kap, kap słychać w wielu zakamarkach monumentalnej budowli. Cierpliwa woda odmierza bieg czasu. Przez siedemdziesiąt lat sporo jej już upłynęło. Ale o dziwnych fortyfikacjach w pobliżu Międzyrzecza zrobiło się głośno dopiero w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy w systemie podziemnym planowano zorganizować centralne składowisko odpadów radioaktywnych. Sprawa odbiła się głośnym echem i o MRU usłyszał cały kraj. Pomysł ten wywołał ogromną falę protestów okolicznych mieszkańców. Fakt, że w kazamatach istniał unikatowy na europejską skalę rezerwat nietoperzy, nie stanowił argumentu. Jednak po awarii elektrowniw Czarnobylu już nikt nie chciał podobnej budowli w Polsce, zniknął więc problem odpadów. Okoliczni mieszkańcy (w tym nietoperze) mogli odetchnąć z ulgą. Od tego momentu w rejon Międzyrzecza zaczęło ściągać coraz więcej
poszukiwaczy historycznych tajemnic, militarystów, a także miłośników przyrody. A ile jeszcze atrakcji czeka na powierzchni? Są wśród nich bunkry i schrony nie mające połączenia podziemnego, a także szereg ciekawych obiektów hydrotechnicznych, w tym dwa mosty obrotowe. No i te „zęby smoka” – pasywne przeszkody przeciwczołgowe w formie żelbetowych słupków. Miejsce jest na tyle pasjonujące i oryginalne, że zwabiło nas już nieraz. Wrażenia po wyprawie do MRU przekonują, że w opowiadaniach o podziemnych korytarzach nie ma ani grama przesady. No, może poza pogłoską o rzekomym podziemnym połączeniu z Berlinem, którą jednak należy włożyć między bajki.



FF OWB czy MRU


Międzyrzecki Rejon Umocniony to najbardziej rozbudowana część pasa umocnień w dawnym obszarze przygranicznym Niemiec. Zbudowano go w latach 1934–1938 jako zabezpieczenie ściany wschodniej III Rzeszy przed ewentualnym uderzeniem wojsk polskich. Obawy Niemiec zrodziły się już w 1921 roku, kiedy Polska podpisała umowę sojuszniczą z Francją, na mocy której w razie ataku wojsk niemieckich na Francję (na jej rzecz Niemcy po I wojnie światowej straciły bardzo ważne ziemie – Alzację i Lotaryngię) nasz kraj miał zaatakować Rzeszę od wschodu. Teren łuku dolnej Warty i zakole Odry, czyli tak zwana Brama Lubuska, to najprostsza i najkrótsza droga do Berlina, a więc bardzo ważny pod względem strategicznym punkt.

Pierwsze prace przeprowadzone w 1925 roku w okolicy Słońska zostały wykryte przez komisję czuwającą nad postanowieniami traktatu wersalskiego. Zmuszono więc Niemców do przerwania realizacji tego planu i kazano rozebrać powstałe obiekty. Ale już trzy lata później pod pretekstem prac melioracyjnych zaczęto regulować cieki wodne, tworząc przeszkody przeciwpancerne. Natomiast pierwsze żelbetonowe obiekty datuje się właśnie na 1934 rok. Kilka miesięcy później teren budowy odwiedził Adolf Hitler i po zapoznaniu się z dalszymi planami zafascynował się projektem. Nakazał jego kontynuowanie i stworzenie Ufortyfikowanego Frontu Łuku Warty i Odry (oryg. Festungs front Oder –Warthe Bogen, w skrócie FF OWB; obecnie używa się nazwy MRU, czyli Międzyrzecki Rejon Umocniony, będącej tłumaczeniem nazwy radzieckiej).

Budowa przebiegała niezwykle prężnie, ale już w 1938 roku nadszedł rozkaz o jej wstrzymaniu. Zmieniła się bowiem doktryna wojenna Niemiec. Celem numer jeden nie była już Francja, a wschodni sąsiedzi Rzeszy, między innymi Polska. Hitler nie chciał wydawać ogromnych pieniędzy na fortyfikacje obronne. Wolał zainwestować w zbrojenie się i stworzenie dywizji pancernych o wiele bardziej przydatnych w ataku niż bunkry.



Bezcenny zabytek


Pierwotnie przewidywano ukończenie prac na lata pięćdziesiąte, toteż wielu inwestycji nie zrealizowano. Jednakże przez cztery lata udało się wykonać 30 procent pierwotnego planu. Na odcinku około 100 kilometrów zbudowano 106 obiektów bojowych, w tym kilkadziesiąt panzerwerków (budowla lub „dzieło pancerne”; panzerwerk musiał mieć odpowiednią odporność na ostrzał artyleryjski) o pełnej gotowości bojowej (uzbrojonych w karabiny maszynowe, miotacze płomieni i granatniki automatyczne). 21 obiektów w centralnej części połączono podziemnymi tunelami o łącznej długości ponad 30 kilometrów, tworząc jeden z najbardziej rozwiniętych systemów podziemnych w Europie. Dla porównania: warszawskie metro może się „pochwalić” zaledwie 19 kilometrami (budowanymi sporo dłużej). Wiele budowli, zwłaszcza pancerze wieżyczek wchodzące w skład w tej fortyfikacji, to obiekty niezwykle cenne pod względem historycznym i niespotykane gdzie indziej. MRU stanowi tym samym bezcenny zabytek sztuki fortyfikacyjnej XX wieku. ■


Komentujesz: PODZIEMNA przygoda

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie