Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?


« Powrót do archiwum (429)

MORS po polsku

 

Piasek na dnie jest żółty i kuszący. W szuwarach na brzegu dokazują sikorki. Właśnie wyszło słońce, ustał wiatr. Jest minus 8 stopni. Idealna pogoda na rodzinną kąpiel

 

TEKST:: FILIP SPRINGER

 

 

Do wody kolejno będą wchodzić: Włodzimierz Turkiewicz, nestor rodu. To on za pomocą piły mechanicznej wyciął w tafli jeziora podłużny przerębel. Zanim żona Zofia, zaraz potem syn Beniamin wraz z czteroletnią Asią na rękach. Asia trochę się krzywi, ale jak wszyscy to wszyscy.

Zaraz za tatą i siostrą siedmioletni Grzesiek, cały pochód zamknie mama dzieciaków Katarzyna Turkiewicz. Gdy już wszyscy po szyję będą siedzieli w lodowatej wodzie, z ich gardeł wydobędzie się radosny ryk. Bo dla rodziny morsów zima to najszczęśliwszy czas w roku.



Proboszcz małej wiary


Można powiedzieć, że Turkiewiczów do wody wpakował najstarszy z nich – Włodzimierz. Mówią na niego „dziadek” i trzeba się mocno
skupić, by w tłumie morsów na plaży jednego z podpoznańskich jezior znaleźć krępego pana w slipkach i skórzanym kowbojskim kapeluszu. To właśnie nestor rodu.

– Pracowałem pięć lat w tropikach – Afryka, Irak, południowo-wschodnia Azja. Nagromadziło się we mnie gorąco, miałem go dość, musiałem coś z tym zrobić, bo byłem nadpobudliwy – wspomina. Gdy wrócił z zagranicznych wojaży, była akurat zima. Poszedł nad jezioro, wyrąbał przerębel i bez namysłu do niego wskoczył – poczuł wtedy ulgę.

Dziś dodaje, że podobnego błędu nigdy by więcej nie popełnił. I nie chodzi o to, że się po tej przygodzie rozchorował. – Samemu kąpać się zimą jest nieroztropnie, nigdy nie wiemy jak zareaguje nasze ciało, trzeba mieć zawsze asekurację – mówi.

Dlatego gdy poszedł nad jezioro po raz drugi, zabrał ze sobą przyjaciół. Najpierw tylko stali i patrzyli, potem wskoczyli do przerębla razem z nim. – Niektórzy byli nieprzekonani, musiałem więc użyć podstępu. Przyjacielowi proboszczowi musiałem powiedzieć, że jest człowiekiem małej wiary. Dopiero wtedy heroicznie zdarł sutannę i wskoczył do wody – śmieje się nestor Turkiewicz. – Teraz kąpie się z nami trzech księży!

Z tropików Włodzimierz Turkiewicz przywiózł nie tylko gorący temperament, lecz także kilka kontuzji, w tym taką, którą lekarze
nazywają łokciem tenisisty.

– Każdy ortopeda mi mówił, że nigdy tego już nie zaleczę i zawsze będzie mi to dokuczało. Zapisywali krioterapię, ale w Polsce czeka
się na nią trzy miesiące. Wyrąbanie przerębla zajmuje zaś zaledwie kilka chwil – śmieje się Turkiewicz i pokazuje na dowód pokryty aktualnie lodem łokieć.



Przerębel jak zbawienie


Któregoś dnia do przerębla wskoczyła także Zofia Turkiewicz. Być może zaobserwowała, że jej mąż stał się bardziej opanowany i spokojny?

– Gdy wrócił z delegacji, był porywczy jak Hiszpan czy Włoch, po kilku zimowych kąpielach odkrył w sobie duszę Skandynawa. Ze
Skandynawem żyje się przyjemniej – uważa pani Zofia. Do kąpieli nie trzeba było jej zbyt długo przekonywać, zobaczyła, że w przeręblu, a zwłaszcza po wyjściu z niego, krzywda nikomu się nie dzieje, więc przemogła swój strach. Dziś nie wyobraża sobie niedzieli bez takiej kąpieli.

Nieco dłużej zastanawiał się Beniamin. Do rodziców – morsów dołączył zaledwie kilka lat temu. – Lubiłem robić zdjęcia, tata zabrał mnie nad jezioro, żebym zrobił kilka fotografii wspólnej kąpieli morsów. Patrzyłem wtedy osłupiały – wspomina. Gdy drugi raz pojechał nad jezioro, wiedział już, że się wykąpie i solidnie się do tego przygotował.

– Jeszcze w domu nalałem do wanny zimnej wody i próbowałem się
w niej zanurzyć. Bez powodzenia – śmieje się Beniamin. – Postanowiłem więc pójść na żywioł i skorzystać z gorącej atmosfery, jaka towarzyszy każdemu spotkaniu morsów. Mając
wsparcie innych, łatwiej zrobić pierwszy krok.

Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, Beniamin Turkiewicz uważa, że pierwszą zimową kąpiel lepiej brać wtedy, gdy jezioro skute jest
lodem. Przerębel jest wtedy prawdziwym wybawieniem.

– Wystarczy się rozgrzać i wskoczyć do wody. Nie trzeba wtedy brnąć aż do osiągnięcia pełnego zanurzenia – tak jest łatwiej i przyjemniej – wyjaśnia. Odkąd pierwszy raz zanurzył się w lodowatej toni, powtarza to co tydzień – tak długo jak tylko trwa zima.



Zabawa dla każdego


Wraz z Beniaminem jeździł nad jezioro także mały, pięcioletni wówczas Grzesiek. Dziś sam wchodzi do wody, a potem przytupuje
z nogi na nogę owinięty ręcznikiem i prezentuje puchar za odwagę, jaki za swoją pierwszą kąpiel otrzymał od rodziny morsów.

– Pływanie zimą to pestka – mówi rezolutnie i zachęca czteroletnią Asię, która uczepiona szyi taty zażywa właśnie jednej z pierwszych kąpieli. Bo Turkiewiczowie kąpią się zawsze w komplecie, wtedy jest najzabawniej. – Do namówienia została mi tylko siostra, ale
nie mieszka z nami, więc mam na nią mniejszy wpływ – śmieje się Beniamin.

Żeby zimowa kąpiel była bezpieczna, trzeba spełnić kilka podstawowych kryteriów – nie wolno kąpać dzieci poniżej 4.– 5. roku życia, górnej granicy wieku już jednak nie ma, najstarsze morsy w Polsce dobijają dziewięćdziesiątki i nie skarżą się na reumatyzm. Kąpiel w samotności jest zabroniona, przed wskoczeniem do wody konieczna jest rozgrzewka, w przeręblu siedzi się tak długo, jak długo jest to przyjemne.

Czyli ile? – Każdy ma inną wytrzymałość, inaczej reaguje, nie kąpiemy się, by bić rekordy, choć znam i takich, którzy siedzą w wodzie nawet 30 minut – dodaje Beniamin.

Przed kąpielą warto zaopatrzyć się w specjalne piankowe buty, takie, jakich używają pływacy czy nurkowie – zabezpieczają przed
skaleczeniem o przedmioty leżące na dnie i przed odmrożeniami podczas spaceru po lodzie i śniegu.



Wysiłek bez zmęczenia


O ile jeszcze kilka lat temu zimowe kąpiele w jeziorach i morzu uchodziły za hobby ekscentryków i dziwaków, o tyle dziś społeczny
odbiór takiej aktywności jest zupełnie inny.

– Po co płacić grube pieniądze za krioterapię i pobyty w komorze lodowej, skoro tutaj mamy to za darmo i to w gronie przyjaciół,
którzy potrafią stworzyć fantastyczną atmosferę – śmieje się Tomasz Olejniczak, który 2010 rok rozpoczął od swojego debiutu
w roli morsa. – Było przyjemniej, niż myślałem. Nikt nie musiał mnie namawiać – zapewnia.

W całej Polsce miłośników zimowych kąpieli naliczymy kilka tysięcy. Dość powiedzieć, że na coroczny międzynarodowy Zlot Morsów w Mielnie za pierwszym razem przyjechało trzysta osób. W lutym zeszłego roku na bałtyckiej plaży pluskało się ich już ponad tysiąc. Turkiewiczowie, jako najliczniejsza w Polsce wielopokoleniowa rodzina morsów, są oczywiście wśród nich.

– Jedziemy wszyscy, kąpiel w morzu to niezapomniane przeżycie – zapewniają

O wartościach zdrowotnych takich kąpieli przekonują się też właściciele gospodarstw agroturystycznych. Dziś prawdziwym faux pas jest posiadanie tradycyjnej sauny, nazywanej na wschodzie banią, bez możliwości wskoczenia do przerębla.

Włodzimierz Turkiewicz zapewnia, że przeciwwskazań do zanurzania się w zimnej wodzie nie widział żaden z jego lekarzy.

– Z punktu widzenia medycyny takie hartowanie organizmu ma swoje uzasadnienie – przekonuje. W czasie kąpieli naczynia krwionośne rozszerzają się i lepiej dotleniają cały organizm. Zanurzenie w przeręblu ma więc podobne właściwości co długotrwały wysiłek fizyczny.

– Tylko człowiek się nie przegrzewa i nie poci – uśmiecha się mors.


Komentujesz: MORS po polsku

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie