Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?


« Powrót do archiwum (429)

Konny poniedziałek


Ksiądz musi dużo umieć. Głosic kazania, rozmawiać z ludźmi, kierować parafią. A w Pietrowicach Wielkich musi także jeździć konno. Bez tego w poniedziałek wielkanocny ani rusz!


 

TEKST.:: ANNA I KRZYSZTOF KOBUS

 

Przejazd odbywa się dostojnie, tylko od czasu do czasu jakiś koń wyrwie się w pole galopem, płosząc sarny lub zające. Jeździec szybko jednak przywołuje go do porządku

 

Od trzystu lat w Pietrowicach Wielkich na Opolszczyźnie najważniejszym wydarzeniem poniedziałku wielkanocnego nie jest polewanie się wodą, lecz konne procesje. To tradycja znana tylko na Śląsku, dlatego też nie dziwi fakt, że przyciąga wielu turystów chcących na własne oczy zobaczyć Procesję Stu Koni. Sto jest tu liczbą umowną. W zeszłym roku na przykład w kawalkadzie uczestniczyło ich ponad 150! Przyjechały z okolicznych wsi i stadnin, lecz także z sąsiednich Czech, bowiem w samych Pietrowicach koni jest raptem piętnaście. Trzyma się je głównie z myślą o tej uroczystości, jako że zwierząt do pracy w polu nikt tu już nie używa. A przecież na początku tej tradycji jedynie konie z Pietrowic mogły brać udział w procesji! I jak przystało na wielowiekową tradycję, tutaj też znajdziemy legendę powtarzaną od pokoleń: oto procesję prowadzić mogła tylko wioska, która posiadała figurę Chrystusa Zmartwychwstałego. Jeden z jeźdźców z sąsiedniej wioski postanowił ją wykraść, lecz za tak niecny czyn został ukarany. Podczas galopu wpadł na kościół i zabił się na miejscu. Dziś figury wykradać nie trzeba i kilka z okolicznych wiosek także ma swoje procesje (o szacownym, kilkusetletnim rodowodzie), lecz to właśnie ta w Pietrowicach jest najsłynniejsza.

Uroczystość zaczyna się sumą, podczas której większość uczestników zamiast skupiać się na modlitwie, musi doglądać
koni. Przystrojone wstążkami i kwiatami, niekiedy z pozaplatanymi grzywami i ozdobnymi nakryciami głowy, wyglądają po prostu pięknie. Jeźdźcy również na tak ważną uroczystość występują w odświętnych strojach: obowiązkowo w bryczesach i oficerkach.



Bryczka dla hierarchów


Kilka stadnin przywozi ze sobą bryczki dla dostojnych hierarchów, którzy także chcieliby wziąć udział w procesji. Po mszy z kościelnej wieży rozlega się dźwięk dzwonu będący sygnałem do wyruszenia ku położonemu pośród pól pątniczemu kościółkowi Świętego Krzyża.
Ponieważ na drodze wszyscy się nie pomieszczą, kawalkada rozciąga się na kształt gigantycznego węża: gdy pierwsi są już w połowie trasy, ostatni dopiero ruszają przez wioskę. Na przedzie jedzie proboszcz w liturgicznych szatach, obok niego dwóch gospodarzy wiezie krucyfiks i figurę Chrystusa Zmartwychwstałego. Zdaniem niektórych etnografów tradycja ta przywędrowała w średniowieczu wraz z osadnikami z krajów zachodnich (dzięki czemu nazywana jest do dziś Osterreiten) i wywodzi się z morawskiego zwyczaju „chodzenia za Bogiem” – wyjścia z domu na spotkanie ze Zmartwychwstałym i okazania swej radości. A dlaczego konno? Najpewniej dzięki św. Jerzemu, bowiem w dniu jego święta gospodarze jechali do proboszcza na koniach, by pobłogosławił je na trud prac polowych. Wypadało to w czasie bliskim Wielkanocy,
dlatego przeniesiono ten zwyczaj na świąteczny poniedziałek.



Galopem do mety


W drewnianym kościółku Świętego Krzyża przy polowym ołtarzu odbywa się nabożeństwo, podczas którego prosi się o urodzaj. W tym czasie konie odpoczywają na pobliskiej łące – to dobra okazja, by przyjrzeć im się z bliska, zrobić zdjęcia i porozmawiać z jeźdźcami. Wreszcie następuje blisko godzinny objazd pól i ich poświęcenie. Gdy kawalkada mija przydrożne krzyże, starsi jeźdźcy
z szacunkiem unoszą toczki i kapelusze. Cały objazd odbywa się
dostojnie, tylko od czasu do czasu jakiś koń wyrwie się w pole
galopem, płosząc sarny lub zające, szybko jednak jest przez jeźdźca przywołany do porządku. Galop zarezerwowany jest bowiem na koniec objazdu: gdy widać już pierwsze zabudowania, rozpoczyna się szaleńczy wyścig. Niegdyś wszystkie konie ruszały jednocześnie, dziś wypuszczane są parami, by uniknąć wypadku. To najbardziej widowiskowy moment procesji, dlatego też przy mecie czeka najwięcej osób. Zaś po procesji zaczyna się wielki festyn połączony z konnymi pokazami, zabawą i poczęstunkiem dla uczestników kawalkady. Jeśli tu przyjedziemy, by zobaczyć tę niezwykłą procesję, to warto pamiętać, że trafiliśmy na dawne pogranicze piastowskiej Polski i czeskiej monarchii, gdzie ludzie
mówią własnym dialektem (znajomość śląskiej gwary tu się nie
przyda!). Tutaj droga to „cesta”, nad polem latają „wrany”, zaś w kościele ludzie nie modlą się, lecz „rzykają”. Morawskie akcenty znajdziemy też w pieśniach śpiewanych podczas objazdu pól – warto się wsłuchać w ich słowa, by odkryć Polskę barwną i egzotyczną. ■



INFO::


Konne procesje na Śląsku można zobaczyć także w Raciborzu,
Biskupicach, Sternalicach, Ostropie, Bieńkowcach i Sudole. W tych dwóch ostatnich miejscowościach procesje spotykają się przy tak zwanym Urbanku (na granicy obu miejscowości), po czym wspólnie kończą objazd konnym wyścigiem. Większość zaczyna się o godzinie 13 – przed przyjazdem warto upewnić się, jaki jest dokładnie przebieg uroczystości. Od lat 90. w procesjach mogą brać udział także kobiety.


Komentujesz: Konny poniedziałek

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie