Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj

» Wyszukiwanie zaawansowane



Szukaj


Szukaj

Szukaj

Nie masz pomysłu na wczasy?

 

« Powrót do archiwum (429)

Poławiacze BURSZTYNU


 

 TEKST:: JOANNA WŁODARSKA

 

Nie każdy sztorm przynosi bursztyn. Marek Spytkowski z Mikoszewa dobrze o tym wie. Bursztyn w jego rodzinie zbierano od pokoleń. Zbierał jego dziadek, ojciec, a teraz on poszukuje złota
północy na morskim brzegu. – Wiatr musi wiać z północy, a jeszcze lepiej z północnego wschodu. To jednak nie wszystko. Żeby bursztyn „ruszył”, fala musi kontrować, czyli wcześniej powinno wiać z południa.

Bursztyn w złożach zalega na samym dnie, czasem pod stertą morskich „śmieci”: drewna, osadów, martwych roślin. Największe połowy są zimą. Woda wtedy „gęstnieje”, zawiera więcej soli, bursztyn jest lekki i swobodniej wypływa na powierzchnię. Dla zbieraczy wiatr i zimno nie mają znaczenia. Oni wiedzą, kiedy morze sztormuje w ten określony sposób, kiedy nadciąga bursztyn.

– To się poprostu wie. Czujemy to w kościach. Pamiętam, była Wigilia Bożego Narodzenia. Nie wiało mocno, lekko sztormowało, woda była „ciężka”. Mówię do ojca: „Jadę, zobaczę, coś mnie niesie”. Wsiadłem na rower i pojechałem nad morze w Jantarze. Na brzegu leżały zwały zmrożonej wody. Patrzę – jest bursztyn! Zacząłem nożykiem próbować wydobyć wmarznięte kawałki. Ale coś mnie tchnęło. Wszedłem do wody, a tu nie dość, że o wiele większe kawałki bursztynu pływały, to jeszcze wyciągnąłem dwa
piękne łososie, które umknęły z przerwanych rybackich sieci. No i zarobiłem – opowiada pan Marek.

 

– Coś w tym jest, bo jak opowiada Eryk Popkiewicz – archeolog od dzieciństwa zafascynowany morzem i bursztynem, pochodzący również z Mikoszewa – zazwyczaj przed świętami morze obdarowuje zbieraczy wysypem bursztynu. Niemal zawsze przed Bożym Narodzeniem i przed Wielkanocą nadchodzi sztorm, który niesie złoża. Raz więcej, raz mniej, ale zawsze coś się uzbiera.


Gorączka bursztynu

Sposób poławiania bursztynu nie zmienił się od wieków. Nadal, tak jak w ubiegłych stuleciach, mężczyźni ubrani w chroniące przed lodowatą wodą gumowe spodnie i wysokie buty wchodzą do morza z siatkami – kaszorkami – w rękach i wyciągają wszystko, co unosi się na falach. Na brzegu wysypują swoją zdobycz i wraz z rodziną przystępują do mozolnego przeszukiwania morskich osadów.

Wojen między zbieraczami nie ma. Dopóki zebrana kupka jest
przeszukiwana, nikt inny do niej nie podejdzie. Jeśli jednak jakiś
kawałek bursztynu umknie oczom poszukiwaczy i odejdą od swojej hałdy – bursztyn należy do tego, kto go wypatrzy.

Morze podczas sztormu jest dzikie i nieubłagane. To nie jest łatwa praca. Często trzeba zbierać nocą. Bo właśnie wtedy morze ruszyło. Mężczyźni uzbrojeni w silne latarki, niektórzy wyposażeni w reflektory, przeszukują brzeg metr po metrze. Czasem deszcz lub śnieg napędzane wichurą uniemożliwiają wejście do wody i szukanie. Chowają się wtedy za wydmę i czekają świtu. Bo tu liczy się czas. Kto pierwszy – ten lepszy. I nie ma taryfy ulgowej. Poławianie bursztynu porównać można chyba tylko do gorączki złota. Kto raz spróbował – wracać będzie zawsze.


Bursztyn ruszył!

Eryk Popkiewicz swój pierwszy bursztyn wyłowił, gdy miał jakieś 10 lat. – Tata miał wtedy kaszorek i łowił w wodzie. Wszedłem za nim i dostrzegłem unoszącą się na falach bryłkę. Złowiłem ją gołą ręką. Był inny niż wszystkie. Nie złoty, nie czerwony – ale brązowy – wspomina pan Eryk.

Każdy mieszkaniec Mierzei Wiślanej i Wyspy Sobieszewskiej do
opowiedzenia ma własną historię związaną z połowem bursztynu. Do legendy przeszły już wydarzenia z pewnej jesiennej niedzieli. Wszyscy mieszkańcy Sobieszewa zebrani byli w kościele. Ksiądz proboszcz odprawiał mszę. Właśnie nadszedł moment podniesienia – najważniejsza chwila podczas każdego nabożeństwa. Wtem drzwi kościoła otworzyły się z głośnym stukotem i do wnętrza wbiegł zaaferowany mężczyzna. Nie zważając na doniosłość chwili, podbiegł do księdza i szepnął mu coś na ucho, po czym usiadł w pierwszym rzędzie, kręcąc się niespokojnie. Ksiądz w błyskawicznym tempie zakończył mszę i zwrócił się do wiernych: „Kochani, bursztyn ruszył”. Ludzie licznie zgromadzeni w kościele podążyli w pośpiechu do wyjścia. Ksiądz bez namysłu naciągnął kurtkę na sutannę i ruszył za swoimi parafianami...

 

Bywa też dramatycznie. Waldemar Nocny – znawca Gdańska i autor licznych publikacji o tym mieście pochodzący z Wyspy Sobieszewskiej – wspomina takie zimy, kiedy bursztyn zamarzał
w zwałach lodu na morskim brzegu. Wszyscy wiedzieli, że tam jest,
mogli go zobaczyć. Tylko wydobyć go nie było można. Codziennie chodzili nad morze sprawdzać, czy to już. Aż do wiosny.


Komentujesz: Poławiacze BURSZTYNU

Wpisz komentarz

Zamknij to okno
Tylko zalogowani użytkownicy mogą wystawiać komentarze

Tagi: morze, bursztyn


Wasza ocena:


Wyślij link do znajomego!

Zamknij to okno
Prześlij poniższy link do znajomego najwygodniejszą dla Ciebie formą :


Wasze komentarze

Skomentuj artykuł


    Jeszcze nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Zgłoś nadużycie